Portret wiarołomcy – Mario Götze. Mistrz Świata czy syn marnotrawny?

Mario Götze w barwach Bayernu. Teraz wraca do Borussii.

O tym, kim jesteś, często świadczy nie do końca to, co robisz, ale to, jak to zrobisz. Podobno wszystko jest także dla ludzi – kwestią dyskusyjną jest tylko w jakim stylu odważysz się po to sięgnąć. Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy lojalność wobec swojego otoczenia? Jak ocenić to, czy czyjeś odejście było zdradą a nie naturalną chęcią zmiany?

Chłopak z Bawarii i jego pierwsze kroki na murawie

Mario Götze. Chłopak urodzony w Bawarii. I już poprzedzającym zdaniem można by podeprzeć tezę, jakoby odejście do najsłynniejszego bawarskiego klubu nie mogło być jakąkolwiek zdradą, gdyż Mario wrócił po prostu w rodzinne strony.
Nie jest to jednak tak proste, jak mogłoby się to wydawać. Jako sześcioletni chłopiec Götze, wraz z rodziną, opuścił Bawarię – właśnie na rzecz Dortmundu.
Swoje pierwsze piłkarskie kroki Mario stawiał zatem właśnie tam, gdyż w wieku lat ośmiu małego, obiecującego chłopca zapisano do szkółki Borussii. I tak oto, klub z Dortmundu piłkarsko wychował go, nauczył wszystkiego co było mu potrzebne, prócz talentu, by stać się gwiazdą. Ta sama instytucja dała mu też szansę, by zaistnieć. W taki właśnie sposób powstał piłkarz – piłkarz, który osiągnął na murawie naprawdę wiele. Piłkarz, który stał się swojego rodzaju ikoną BVB. Piłkarz, który klub, który go stworzył, później zostawił na rzecz niepisanego, największego wroga.

„Golden Boy” – nadzieja wśród młodych piłkarzy

Swój debiut w żółto-czarnych barwach zanotował w listopadzie 2009 roku. Niedługo potem był już podstawowym wyborem do pierwszego składu. Był także bardzo ważnym ogniwem, które przyczyniło się do zdobycia mistrzostwa Bundesligi w sezonie 2010/11 – ze swoimi dwunastoma asystami uplasował się na drugim miejscu ligowej listy asystentów. Nieźle, jak na gościa, który całkiem niedawno zadebiutował, prawda?

Chcę być częścią ewolucji Dortmundu! Możemy to zrobić jeszcze lepiej. Borussia jest głęboko w moim sercu…

Rok później, z ust Mario padł godny uwagi (w kontekście tego felietonu) cytat: „Wszyscy wiedzą, jak komfortowo czuję się w Dortmundzie. Klubowi brakuje jeszcze wiele do zakończenia całkowitego procesu swojego odrodzenia. I ja chcę być częścią tej ewolucji”. Cóż takiego stało się zatem, że zechciał ten klub opuścić? Może faktycznie lepiej czuł się w klubie, który aktualnie był na szczycie tabeli. Bayern, w którym to ponoć miał potem rozwijać się piłkarsko, nie był wtedy mistrzem. Być może łatwiej jest obiecywać wierność, kiedy to nic nie kosztuje i nadal jest się wysoko, bez względu na wyznania? Zawsze mówiłem, że mam BVB głęboko w sercu. Jestem głęboko związany z tym klubem – mówił. Ten zespół ma przed sobą świetlaną przyszłość. Czuję, że powstaje tu coś wspaniałego. Wciąż się rozwijamy i możemy być jeszcze dużo lepsi.
W tym samym roku Mario prócz zwycięstwa w lidze zdobył też nowego, wielkiego przyjaciela – Marco Reusa – który, dziś wiemy, tym różni się od Götze, że mimo ofert z większych niż BVB klubów, mimo większych pieniędzy podsuwanych mu pod nos, jak na razie faktycznie pragnie tworzyć coś od nowa, nawet jeśli nie jest to łatwe i często psuje się jeszcze przed czasem.

Początek symbolicznego upadku Borussii ze szczytu – zapał znika…

Zapał do tworzenia procesu odrodzenia w klubie i bycia częścią ewolucji u Mario minął bardzo szybko. Wystarczył jeden sezon, w którym Borussia nie zatriumfowała, a zadecydował, że czas rozwijać się gdzieś indziej. I być może byłoby to nawet zrozumiałe, choć zapewne bardzo przykre, gdyby wybrał neutralną drużynę. Z pewnością miał w czym wybierać – gdyby chodziło o sam rozwój swoich umiejętności piłkarskich. Prawdopodobnie jednak, oprócz marzeń o rozwoju, szalę przechyliły także pieniądze. Na tym polu Bayern bywa bezkonkurencyjny – bo kto bogatemu zabroni?
Spragnione sukcesów Monachium przez pewien czas nie mogło pokonać Borussii. Czego nie możesz przejść, czasem możesz kupić. I prawdopodobnie w taki właśnie sposób włodarze Bayernu trafili na utalentowanego, ale jak widać, również chwiejnego Mario. Zdecydowali się za wszelką cenę zawalczyć oraz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – wzmocnić ekipę i jednocześnie osłabić największego rywala. Plan idealny? Być może; czas pokazał jednak, że co działa idealnie w jednej sferze, nie musi wcale przynosić wielkiego pożytku w drugiej.

Nadzieja klubu odchodzi do wroga. „Judasz, zdrajca!” – żal kibiców

Wierni klubowi kibice do końca wierzyli, że ich kluczowy zawodnik nie opuści drużyny. Dlatego też w momencie, w którym transfer Götze stał się faktem, w sercach Borussen zrodził się żal tak wielki, jaki rzadko mamy okazję obserwować. Mario był w końcu swojego rodzaju ulubieńcem fanów BVB – młody, utalentowany, przedtem oddany klubowi i jego celom. Miał też duży wkład w ważne wiktorie, które dla kibiców są przecież miodem na ich serca. Ciężko było nie kochać człowieka, który nie dość, że wydawał się sympatyczny i kochający swoje barwy, to jeszcze błyszczał na murawie. Tym bardziej zabolało więc jego odejście – do wrogiego klubu. Do klubu, z którego kibicami kibice w żółto-czarnych koszulkach nigdy nie żyli dobrze. W stronę Mario kierowano najgorsze obelgi. Obwołany został „Judaszem” i „zdrajcą”. Byli i tacy, którzy publikowali zdjęcia zniszczonych, w ramach protestu, koszulek z nazwiskiem Götze lub takich, na których skreślano jego godność a zamiast niej dopisywano „Judasz”. I myślę, że nie było w tym nic dziwnego. Żal w jakiś sposób trzeba przetrawić. Jest to całkowicie ludzkie. Wiadomym jest fakt, że zawsze można unieść się honorem, ustąpić, pokierować się zasadą bycia mądrzejszym i nie zaostrzaniem konfliktu. Jest to odpowiedzialne podejście, ale nie zawsze wykonalne, kiedy zawodnik tak związany z klubem i tak ważny dla całej instytucji, po prostu odchodzi do wrogiego eteru i to jeszcze w iście tchórzliwym wydaniu.
Pierwotnie informacja o transferze miała pojawić się dużo później – co najmniej po rozegraniu najistotniejszych meczów, tak aby nie spowodować pogorszenia atmosfery w szatni i nastrojów kibiców. Nie udało się. O przenosinach poinformował Bild a kluby nie miały już dłużej czego ukrywać – Borussia przyparta przez dziennik do muru potwierdziła transfer. W mediach zawrzało, a Mario wolał uciekać przed stawieniem czoła temu, co przecież zadecydował w zgodzie ze ścieżką swoim marzeń. Po przeprowadzce do Monachium nieuchronnie zbliżał się ligowy mecz Bayernu z Borussią. Do dziś pamiętam, w jak bohaterski sposób Mario stawił czoła gwizdom kibiców Borussii, których na swój sposób zdradził – podczas gdy jego koledzy rozgrzewali się z boku boiska, on chował się w tunelu, tak aby widzieć jak najmniej konsekwencji swojego zachowania. Oczywiście miał do tego prawo – ale dlaczego aż tak bardzo wstydził się faktu, że spełnił swoje marzenie i rozwija się w nowym klubie? Tego właśnie chciał, to był jego cel.

Niesłychana forma gdzieś się ulotniła

Mijały miesiące i dortmundzkie objawienie o imieniu Mario nie spełniało oczekiwań. Poprzeczkę postawiono mu wysoko, co było zupełnie naturalne po przeanalizowaniu jego występów w Borussii. Prócz tego, Bayern sam w sobie zwykł oczekiwać dużo, co się chwali – „work hard, play hard”. Zapłacili za chłopaka całkiem spore pieniądze ponieważ swoją formą obiecywał dużo. Niestety, coś poszło nie tak. I nie chodzi tu o to, że Götze zupełnie zawiódł bawarski klub – często prezentował się po prostu zbyt przeciętnie jak na swoje możliwości. Nie tego oczekiwał zarząd. Mario coraz częściej spoczywał na ławce, gdyż Bayern w dobrych zawodnikach może dosłownie przebierać, i na miejsce zawsze Götze znajdywał się ktoś inny. Ciężko stwierdzić, co spowodowało ten spadek formy – sam fakt aklimatyzacji w nowym miejscu jest przecież oczywisty i nierzadko trudny do przejścia; zwłaszcza, że kibice nie ułatwiali mu tego zadania.
Być może był po prostu zbyt słaby na ekipę naszpikowaną gwiazdami, w której nie od razu zdobył status ulubieńca. W Bayernie nie mógł przecież liczyć na tak wielki kredyt zaufania, jaki dała mu Borussia. Przez Monachium takich objawień przewija się wiele – wszyscy młodzi, obiecujący, z dużym potencjałem. Sytuacja jest prosta: Götze nie daje z siebie tyle ile powinien jeden raz, potem drugi, trzeci… Można więc zatem tę szansę podarować komuś innemu, kto też ma możliwości, by zawojować piłkarski świat.

Od „Judasza” do „syna marnotrawnego”

Kolejną informacją związaną z Mario Götze, która zjeżyła na głowach wszystkich Borussen włosy, był… Jego powrót do Dortmundu! Jest to o tyle smutne, że ten właśnie piłkarz pozostawił klub, który go stworzył i wychował na rzecz drużyny uważanej za odwiecznego wroga. Kiedy okazało się, że w Bayernie nikt nie będzie czekał na jego błysk w nieskończoność, wrócił do starej, bezpiecznej przestrzeni w Borussii, w której zawsze znajdzie miejsce dla siebie, zwłaszcza, że Dortmundowi nie wiodło się ostatnio najlepiej a powrót Mario miał być teoretycznym wzmocnieniem.
I znów powtórzyła się sytuacja, w której to Götze okazał się niewdzięczny. Owszem, wrócił do swoich korzeni, do swojego domu, okazał skruchę ale rozsądek wskazywałby jednak na szacunek dla Bayernu, który przecież bardzo zabiegał o jego transfer – co znaczy, że dał mu szansę na rozwój – nie była to wina klubu, że Mario nie dał rady jej wykorzystać. Drugi raz nie zdecydowałbym się na transfer do Bayernu, powiedział. Ani słowem nie wspomniał o kibicach z Monachium, którzy przecież też nie byli na początku do końca zadowoleni z atmosfery skandalu, jaka utworzyła się w związku z jego przyjściem ani do końca przekonani o słuszności tego zakupu. Z czasem przyjęli go jednak z dużą dozą szacunku i zaufania oraz wspierali, kiedy trzeba – grał przecież właśnie dla nich.

Czy można zaufać mu raz jeszcze?

Wielu kibiców (zapewne obydwóch klubów) zastanawia się teraz, czy można temu piłkarzowi ufać w kwestiach poza boiskowych.
Co dzieje się na murawie, każdy widzi – tam słowa nie są ważniejsze od gry. Pozostaje jednak pewien strach przed zaufaniem – to, że kocha Borussię już mówił, po czym bez większego kłopotu odszedł do Bayernu. Co więc, jeśli kibice znowu przyzwyczają się do tego, że cieszy ich swoją dobrą formą i pomocą na boisku, umocni w wierze, że tak naprawdę to właśnie Dortmund był jego domem a na jego horyzoncie pojawi się kolejna szansa rozwoju i świetlanej przyszłości?
Styl, w jakim odchodził, pozostawiał wiele do życzenia. I prawdopodobnie sam fakt transferu nie byłby niczym żenującym, gdyby nie wszystko, co działo się dookoła niego. W trakcie każdego okienka transferowego kluby zmieniają dziesiątki wielkich piłkarzy. Bywa to smutne, ale najczęściej taka jest po prostu kolej rzeczy. Tu sytuacja była jednak zupełnie inna – Mario porzucił swój dom na rzecz spełnienia najgorszego dla kibiców BVB scenariusza, po czym kiedy okazało się, że nie udało mu się tam wiele zdziałać, wrócił do miejsca, które zna.
Z drugiej jednak strony… Każdy z nas popełnia błędy. Każdy z nas ma wielkie marzenia, których spełnianie często okupione jest właśnie błądzeniem a także narażaniem się na krytykę. Götze miał odwagę spróbować – choć sam pokazał potem, że przeraża go to, co zrobił, nie potrafiąc stanąć twarzą w twarz z kibicami, którym złamał serca. Możliwe, że faktycznie potrzebował takiej nauczki, by zrozumieć i lekcję tę wykorzysta. Swojej decyzji pożałował, ale być może w głębi żałowałby bardziej, gdyby jej nigdy nie podjął. To, co stanie się z nim dalej, i czy odzyska zaufanie kibiców, pokaże czas. Osobiście, jako osoba, która sama zwykła śmiać się z kroków Mario Götze, muszę przyznać, że mam po prostu nadzieję, że więcej powodów do śmiechu czy żalu kierowanego w jego stronę, nie da ani mi, ani innym kibicom.

Udostępnij:

Agnieszka Miszczak

Zakochana w reprezentacji Chorwacji i piłce nożnej w wydaniu bałkańskim. Jej ulubionymi klubami są Juventus, Dinamo Zagrzeb, lubi także Real Madryt. Jakiś czas temu pokochała Serie A na zabój. Prawdopodobnie największa fanka Mandżukića na świecie. Liga Mistrzów to dla niej świętość i chce, aby hymn tych rozgrywek zagrano na jej ślubie zamiast marszu Mendelsona.

You may also like...