Moja relacja z meczu Lech Poznań – Arka Gdynia, czyli pierwszy raz na trybunach

Pierwszy mecz na żywo. Na pewno każda z was już to przeżyła, albo będzie to jej dane. Ja akurat mam takie szczęście, że mieszkam od początku roku w Poznaniu, ale dopiero teraz udało mi się pójść na jakieś spotkanie. Mi udało się to wczoraj, a małą relację z tego wydarzenia możecie przeczytać poniżej.

Jak wiecie Lech Poznań i Arka Gdynia są zaprzyjaźnionymi klubami, także wybrałam mecz idealny. Z mieszkania wyszłam o 16:30, co by zdążyć na wcześniejszy tramwaj i o 17 już byłam na miejscu. Miałam szczęście, bo przy wejściu na moją trybunę nie była duża kolejka. Trochę poczekałam, zrobiłam parę zdjęć temu pięknemu stadionowi (mówcie co chcecie, ale dla mnie jest naprawdę ładny) i kilka chwil później wyszli na rozgrzewkę bohaterowie obu drużyn. Pierwszym rozpoznanym przeze mnie zawodnikiem był Tamas Kadar (ale to akurat nie było trudne).
W końcu nadeszła godzina osiemnasta, a ja mogłam podziwiać piłkarzy Lecha i Arki (i oprawę meczu przygotowaną przez Wiarę Lecha. Co jak co, ale to umieją robić naprawdę dobrze). Jak sami wiecie spotkanie nie było z rodzaju tych „napukamy im trochę goli, oni też sobie strzelą i będziemy mieli trzy punkty”. Co prawda obrona Kolejorza była wczoraj dysponowana bardzo dobrze, ale skuteczność nie powalała. Szymon Pawłowski uwijał się jak w ukropie. Próbował akcji na prawym, lewym skrzydle, ale albo akcja była za wolna, albo bramkarz obronił strzał. Najbardziej zapamiętałam mocny strzał w poprzeczkę wspomnianego wcześniej Pawłowskiego. Niecelnie uderzali jeszcze: Robak, Kędziora, Bednarek (moje nowe odkrycia!), Majewski i Jevtić. Piłkarze Arki także mieli kilka strzałów, ale jak widzimy po wyniku, również im nie udało się nic wskórać.

Po przerwie Kolejorz ruszył do ataku, ale szarża nie dawała oczekiwanych rezultatów. Trener Bjelica robił zmiany, zmieniał ustawienie, a jego pomysły kończyły się nieudanymi próbami. Pod koniec spotkania trzy punkty gospodarzom mógł dać Makuszewski, ale piłka po jego strzale opuściła boisko. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 0:0, mecz przyjaźni okazał się aż za bardzo meczem przyjaźni, a ja zebrałam kolejne świetne doświadczenie. Pomimo tego, że mam teraz zawalony nos i gardło nie żałuję, że uczestniczyłam w tym spotkaniu.

To co mogliśmy podziwiać wczorajszego wieczoru to trybuny. Na Inea Stadionie zebrało się 39 539 widzów, z czego 18 393 to uczestnicy akcji „Kibicuj z klasą”. Niezły wynik.
Przy okazji tego spotkania fani obu drużyn świętowali 20-lecie zgody (czego niestety nie możecie zobaczyć na filmiku, bo blogger nie przyjmuje większych plików).

Na koniec chyba moje najbardziej ulubione zdjęcie (które króluje już jako tapeta na telefonie i komputerze).

Był to mój pierwszy mecz na stadionie na Bułgarskiej, ale na pewno nie ostatni. Rundo wiosenna, wiedz, że przybędę!

PS. Proszę o nie kopiowanie zdjęć (swoje wszędzie rozpoznam).

Udostępnij:

Agnieszka Nowak

Zakochana w Arsenalu i historii piłkarskiego Kopciuszka. Od lat wierna fanka Trójkolorowych i Smoków. Nie lubi Arsene’a Wengera (chociaż to i tak mało powiedziane). Kocha Aarona Ramseya, pomimo jego ostatnich historii z fryzurami. Uwielbia Chrisa Guntera i żałuje, że nie gra w Premier League. Obejrzenie meczu Ligi Mistrzów czy reprezentacyjnego to dla niej katorga (dobrze, że w składzie The Gunners nie ma już Jacka Wilshere’a). Najchętniej widziałaby wszystkich swoich ulubieńców w barwach jednego z jej ukochanych klubów.

You may also like...