„Szpilki na stadionie” – pojechała po autograf piłkarza, dostała podpis premiera

Marzenia? Spełniają się. (Na zdjęciu Agnieszka Nemirrna Miszczak).

Nasz nowy cykl oscylował będzie na granicach „prywaty” i dotyczyć będzie naszych wspomnień z meczów, które widziałyśmy na własne, kobiece, często zapłakane z radości oczy.
Dziś podzielę się historią, która była fatalna i jednocześnie niesamowita. Okazała się klęską ale wyszłam z niej obronną ręką, na której triumfalnie przewieszoną mam dziś oryginalną koszulkę z autografem piłkarskiego idola. I książeczkę z autografem premiera Węgier. Jak to się stało? Właściwie nie wiem.

Kiedy spadałam ze schodów i jechałam nie wiedząc dokładnie dokąd w poszukiwaniu ukochanych piłkarzy mogłam narzekać, ale nie brakowało mi nadziei i uważam, że wszystko to a nawet więcej było warte swojej ceny!

Któregoś pięknego dnia stwierdziłam, że muszę. Muszę pojechać na jakiś mecz reprezentacji Chorwacji, bo jak nie, to rzucę się pod łódzki tramwaj – i tak by mnie nie zabił, bo byłby łódzki, więc pewnie by nie przyjechał, ale wiedziałam, że muszę spróbować swoich sił na poważnie. Decyzję o tym gdzie, kiedy i jak pojadę podjęłam w ciągu 10 minut. Kierunek – Budapeszt, mecz Węgrów z Chorwatami, data – koniec marca zeszłego roku.

Nie chciałam jechać sama, więc obiecankami o węgierskiej wysokoprocentowej palince i autografach światowej klasy zawodników skusiłam na wyjazd moich dwóch wiernych przyjaciół płci męskiej. Wiedziałam, że oni mnie zrozumieją. Nie miałam pieniędzy więc zdecydowałam, że muszę je zarobić. Biegałam z ulotkami po mrozie, raz prawie rozwalając sobie łeb na pół kiedy spadłam ze schodów, ale marzyłam o tym, by jechać, więc bez nie mogłam pozwolić sobie na marudzenie.

Pierwszy poważny problem pojawił się podczas kupna biletów

Dokładna data rzucenia szynki jak za komuny sprzedaży biletów nie była znana. Co zrobiła Nemirrna, która chciała machać do chorwackich piłkarzy z pierwszego rzędu trybun? Czatowała na bilety. Całymi nocami, robiąc sobie pół godzinne przerwy na sen, czasami dostępność biletów sprawdzali dla niej ludzie mieszkający w Ameryce, u których trwał wtedy dzień. Ostatnia noc była chyba najbardziej katorżnicza, bo w dzień pracowałam, a nocami czaiłam się na wejściówki. Na próżno.
Wcześniej zadałam kilka niezbędnych pytań pracownikom Chorwackiego Związku Piłki Nożnej. Wszystko miało być okej. Nie było…

Kiedy bilety zostały rzucone na sprzedaż, byłam chyba jedną z pierwszych osób w kolejce online. W moim mózgu był obecny stan ekstazy kiedy wypełniałam ostatnie rubryczki przy kupnie biletów. Zatwierdziłam, ale… Był problem z moim numerem PESEL, a właściwie z moim numerem OIB (Osobni identifikacijski broj, z chorwackiego – osobisty numer identyfikacyjny). Mecz odbywał się poza Polską, nie była to również reprezentacja Polski – prócz PESELU próbowałam wpisywać numer paszportu i dowodu osobistego, to jednak niczego nie zmieniało.

Sfrustrowana napisałam do oficjalnego supportu firmy sprzedającej owe bilety. Odpowiedź dostałam prawie natychmiast – „jest to mecz chorwackiej reprezentacji, więc musi Pani wpisać chorwacki numer ewidencyjny”, którego oczywiście nie posiadam, gdyż nie nadano mi (jeszcze) chorwackiego obywatelstwa. W akcie desperacji miałam już nawet pisać do Kolindy Grabar-Kitarović, ale ona i tak by tego dla mnie nie zrobiła.

Z biletem, czy bez – nie ma poddawania się

Wszystko prócz biletów było jednak zapięte na ostatni guzik, stwierdziłam zatem, że jadę. W żaden sposób nie mogłam dokopać się do informacji, w którym z budapesztańskich hoteli zatrzyma się reprezentacja Chorwacji. Zdecydowałam zatem, że napiszę do wszystkich lepszych hoteli w stolicy Węgier, choć i tak wiedziałam, że prawdopodobnie nie będą mogli mi udzielić takich informacji. Przeszukałam internet nawet w języku litewskim. Niestety, Chorwacki Związek Piłki Nożnej stwierdził, że nie może się ze mną podzielić wieścią o tym, gdzie będą stacjonować piłkarze. Na liście hoteli było aż 50. Napisałam do nich wszystkich. Całkiem poważnie. Część albo nie odpisała wcale, albo odpisano mi, że to nie są informacje dla osób postronnych, w najlepszym przypadku pisali mi prawdę – że piłkarzy u nich nie będzie.

No i co? Nie mam biletu, nie wiem, w którym hotelu ich szukać, do Budapesztu jadę pierwszy raz w życiu, nie wiem nic… Normalny człowiek odwołałby ten wyjazd. Ale nie ja. Kiedy coś zacznę, to skończę dopiero, kiedy nie będzie nawet nierealnych wyjść. Powiedziałam sobie, że jeśli nie zrobię wszystkiego, co potrafię, żeby spełnić swoje marzenie, będą przegrana na własne życzenie.

Od łażenia na mrozie przeziębiłam się i jechałam na środkach przeciwbólowych. Nie była to przyjemna podróż. Z takim oto niczym wsiadałam do busa do Budapesztu. Chociaż… Miałam dwóch przyjaciół, którzy rozśmieszali mnie przez około 18 godzin podróży. Gdzieś na Słowacji stał się cud, ponieważ Julia (która jest także wspaniałą redaktorką tego serwisu) zabawiła się w detektywa i wyszpiegowała hotel, w którym siedzą Chorwaci. To wszystko dzięki Ivanowi Perišićowi, który opublikował zdjęcie widoku z okna. Nie wiedziałam co prawda co to za miejsce, ale to był już duży postęp.

Z Kelenföld odebrał mnie kumpel, który jest Węgrem. Nigdy wcześniej nie widziałam go na żywo i nawet nie rozmawiałam z nim zbyt wiele, ale okazał się przyjaznym człowiekiem (takim, który krzyczał za mnie „Mario!” kiedy ja oniemiałam). Jeszcze tego samego dnia, pod wpływem niesamowitych emocji poczułam się lepiej – wariacje w mojej głowie zagłuszyły ból lepiej niż tabletki. Budapeszt całkowicie mnie oczarował.

Co wspólnego mają piłkarze z króliczkami?

Kiedy dotarłam do swojego hostelu, trafił mnie szlag. Spotkałam na korytarzu dwóch osobników, którzy zagaili rozmowę. Okazało się, że to też fani piłki kopanej, choć na mecz nie przyjechali. Powiedzieli, że kilka godzin wcześniej Chorwaci spacerowali sobie jak gdyby nigdy nic po wyspie Małgorzaty, którą w pociągu z Łodzi do Warszawy pokazywałam swoim wspaniałym ziomom, jako miejsce, które trzeba odwiedzić po meczu, bo kicają po niej króliczki. Gdybym wiedziała, że prócz króliczków są tam też piłkarze…

To miał być ten dzień

Następny dzień był tym właśnie dniem. Nie śpiesząc się, rozemocjonowana pakowałam się i szykowałam do wyjścia na przeciw piłkarzom, podczas gdy moi kumple spokojnie delektowali się żarciem. Jak można jeść w takiej chwili?!

Gdyby nie Ivan Perišić i najlepsza przyjaciółka, nic by mi się nie udało…

Nasz węgierski przyjaciel obiecał nam, że zaprowadzi nas do hotelu, z którego okien widok fotografował Ivan Perišić. Wzięłam ze sobą markery, wielką chorwacką flagę, paczkę fajek i swój mózg. Rozanielona jechałam węgierskim metrem, tramwajem (w którym cyganie prawie ukradli nam flagę) aż w końcu dotarłam do wyczekiwanego punktu.
Stamtąd, niestety, by dojść do hotelu, trzeba było sporo iść pod wysoką górę, gdyż znajdował się on w jednym z najpiękniejszych widokowych miejsc w Budapeszcie, na górze przy twierdzy Halászbástya. Nasz węgierski towarzysz słynął z biegania zamiast chodzenia, więc w praktyce pod tę srogą górę musiałam wbiegać, a nie wchodzić, i to głodna, z grypą, zmęczona i przerażona. Czego się nie robi z miłości do piłki?!

Pierwszą falę radości przeżyłam, kiedy ujrzałam na własne oczy oficjalny reprezentacyjny autokar stojący pod Hiltonem, a obok niego grupkę kibiców – niedużą, około 20-30 osób. Przy takim obrocie spraw prawie od razu dopchałam się pod samą barierkę, do pokonania miałam tylko jedną osobę – spokojnie, mężczyzna ten żyje i pewnie ma się dobrze.
Na piłkarzy czekaliśmy dość krótko, ale nie jestem w stanie określić ile – czas dłużył się niemiłosiernie podczas gdy z relacji innych wywnioskowałam, że czekaliśmy około 10 minut. W końcu…

Przyszli i poszli

Zaczęli wychodzić z hotelu. Bóg mi świadkiem, ale niewiele z tej chwili pamiętam. Nie mam pojęcia kto był pierwszym, którego ujrzałam. Najdokładniej pamiętam Lukę Modricia i Mario Mandżukicia, na których autografach tak bardzo mi zależało. Modrić rozdał kilka podpisów, ale moi ziomale zginęli mi w rozgardiaszu z moimi markerami. Piłkarze odjechali. Podpisu jeszcze wtedy nie dostałam, ale co widziałam, to moje!

W międzyczasie mój węgierski przyjaciel podarował mi autograf. Może nie do końca ten, o którym tak marzyłam, ale jednak. Stwierdził, że jeśli przyjechałam po autograf, to go dostanę. Był to autograf premiera Węgier, bo takich miał akurat kilka. Spodziewaliście się zapewne czegoś bardziej szokującego, np. tego, że śpiewałam pieśni kibicowskie na szczycie parlamentu w Budapeszcie, ale niestety, tym razem Was rozczaruję.

Do Polski wróciłam 10 razy bardziej chora niż przed wyjazdem. Z tego też powodu musiałam odwiedzić szpital, ale historia mojej dalszej rekonwalescencji jest trochę skomplikowana. Dziś mam się dobrze!

Amerykańskie filmy to przy tym samo życie, czyli cud, już nad Wisłą a nie nad Dunajem

Brzmi to nierealnie i sama myślałam, że takie rzeczy zdarzają się na filmach albo nielicznym osobom na świecie. A jednak!
Na Instagramie, kilka dni po powrocie, dostałam wiadomość od rzecznika prasowego Chorwackiego Związku Piłki Nożnej, Tomislava Pacaka. Napisał, że on i Związek doceniają starania takich kibiców jak ja i że chciałby otrzymać mój adres aby przesłać mi jakiś piłkarski upominek. Nie wyobrażacie sobie jak ciężki zawał mięśnia sercowego przeszłam! Grzecznie przesłałam adres i olbrzymie podziękowania. Szczerze mówiąc, gdzieś w duchu miałam nadzieję, że może to być jakiś podpis, ale zadowoliłby mnie nawet reprezentacyjny odświeżacz powietrza do samochodu, pluszowy króliczek z pozytywką grającą „Srce Vatreno”, albo breloczek. Niespodzianka przeszła najśmielsze oczekiwania…

Wizyta kuriera trochę mnie zaskoczyła. Otworzyłam mu drzwi w pidżamce a on wręczył mi paczuszkę. Spojrzałam – była z Turynu. Dokładniej, od Juventusu! Kurier kazał mi się podpisać, a ja, w stanie głębokiego szoku psychicznego podpisałam mu się jak jakiś analfabeta.

W paczce była oryginalna koszulka Juventusu z autografem Mario Mandżukicia.

Podsumowując…

Powiem szczerze, że była to chyba najbardziej niespodziewana rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Podejrzewałam, że być może kiedyś spełnię swoje marzenie, ale nigdy nie spodziewałabym się, że stanie się to w taki właśnie sposób. Trud, który włożyłam w całą tę wyprawę może wydawał się być zmarnowany w momencie, gdy piłkarze wsiadali do autokaru, ale okazuje się, że jednak jeśli bardzo czegoś chcesz, to czasem pomimo największego pecha, zostanie Ci to dane, jeśli włożysz w to całe serce. I nawet, gdybym nie została uhonorowana tym cudownym upominkiem, nie żałowałabym tego, co zrobiłam, bo była to najpiękniejsza przygoda w moim życiu!

Udostępnij:

Agnieszka Miszczak

Zakochana w reprezentacji Chorwacji i piłce nożnej w wydaniu bałkańskim. Jej ulubionymi klubami są Juventus, Dinamo Zagrzeb, lubi także Real Madryt. Jakiś czas temu pokochała Serie A na zabój. Prawdopodobnie największa fanka Mandżukića na świecie. Liga Mistrzów to dla niej świętość i chce, aby hymn tych rozgrywek zagrano na jej ślubie zamiast marszu Mendelsona.

You may also like...