„Szpilki na stadionie”: dlaczego Theo Walcott to najmilszy piłkarz świata?

Jeśli chcecie dowiedzieć się jakie są różnice między Ekstraklasą a Premier League, ile czasu wyprzedają się bilety na mistrzów Anglii, dlaczego Theo Walcott i Danny Drinkwater lubią przepraszać, a Wenger pozdrawiać kibiców niczym królowa angielska, to zapraszam Was do przeczytania moich odczuć związanych ze wszystkim, co wydarzyło się wokół starcia Leicester z Arsenalem na początku tego sezonu.

Dwudziesty sierpnia poprzedniego roku miał być idealny. Powód: wyjście na spotkanie Premier League Leicester City – Arsenal. Mecz moich kochanych Kanonierów przeciw mistrzom Anglii 15 minut drogi od domu? Bajka! Niestety, jak to zwykle bywa, życie brutalnie zweryfikowało plany. Akurat wtedy, gdy ruszyła sprzedaż biletów, nie mogłam ich zakupić, a po niecałej godzinie już były wyprzedane. Nie byłabym jednak sobą, gdybym poddała się tak łatwo.

Murawa dająca nadzieję?

Kiedy pewnego dnia spacerowałam koło King Power Stadium, zauważyłam, że jedne z ogromnych drzwi, które prowadzą do jakiegoś cementowego korytarza, są źle zaprojektowane. Super, no i? – pomyślicie, więc już tłumaczę. Za tym korytarzem widniała piękna, sławna, świeżutka murawa, nad której wyglądem zachwycał się miesiąc wcześniej cały internet.

To dziwne zaprojektowanie pozwalało patrzeć na nią, gdy drzwi były zamknięte (swoją drogą pewnego razu trafiłam na moment, w którym pracownicy majstrowali przy otwartym wejściu, więc była to wspaniała okazja do wślizgnięcia się na chwilę i zobaczenia stadionu od środka, ale ciiii…). W mojej głowie zrodził się niecny plan.

W pociągu jest tłok…

Następnego dnia kupiłam bilet na pociąg do Leicester, a niedługo potem czekałam na peronie na swój powóz, który był dla mnie wtedy karocą, Porsche i prywatnym helikopterem w jednym. O miejscu siedzącym nie było mowy. Co druga osoba miała na sobie koszulkę mistrzów Anglii. Pociąg ten jechał z Londynu, więc kilka osób ubranych było w barwy Arsenalu. Byłam w szoku, porównując to do doświadczeń z meczów naszej Ekstraklasy – jak kibice różnych klubów, które dodatkowo zaraz stoczą pojedynek, mogą siedzieć koło siebie i popijać herbatkę?! Ano, jak widać, mogą.

Kolejna różnica to atmosfera… sielankowa? To chyba dobre słowo. Jadąc na mecz Ekstraklasy tramwajem istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziesz stać (a raczej, ze względu na to, że na metrze kwadratowym gnieździ się jakieś pięćdziesiąt osób, walczyć o przetrwanie) koło kilku policjantów, pomimo że i tak każdy pojazd komunikacji miejskiej odprowadzany jest ogromnymi wozami policyjnymi z funkcjonariuszami w kominiarkach. Przez całą drogę śpiewasz, jeśli chcesz, wraz z tłumem przyśpiewki kulturalne (kultowe już „W tramwaju jest tłok, w pociągu jest tłok…”) lub mniej (cenzura). Ale nie o tym.

Po kilku minutach dotarliśmy do miasta. Na peron wysypał się tłum kibiców. Na dworcu byłam pierwszy raz, ale szybko okazało się, że mogę wyłączyć GPS – szłam z ogromną grupą fanów Lisów i 20 minut później byliśmy pod stadionem.

Samochody, samochody wszędzie!

Do meczu było jeszcze bardzo dużo czasu, więc zrobiłam rundę wokół stadionu. Szybko spotkał mnie kolejny szok – kibice Arsenalu spokojnie przechadzali się tak jak ja, a ich wejście na trybunę było wśród kołowrotków dla sympatyków gospodarzy. Jedno pytanie: jak i dlaczego?!

Kiedy tak okrążałam stadion, rzucił mi się w oko ogromny autokar. Szybko podsłuchałam, że przyjechali nim piłkarze Arsenalu. Zawodnicy Leicester dojeżdżają na stadion swoimi samochodami, więc na parkingu stało wiele aut, jakie właściciel klubu podarował Lisom z okazji mistrzostwa, a także inne, które moje kobiece oko potrafi po prostu określić jako drogie.

Podczas meczu rozmawiałam z kilkoma pracownikami klubu, chodziłam po okolicy, robiłam zdjęcia stadionu z pobliskiego brzegu rzeki, mijałam zrzuconą z dachu oprawę (dziwne zwyczaje).

Wcześniej wspomniana „dziura” okazała się być szczęśliwym miejscem, gdyż pozwoliła mi na bycie kilka metrów od Alexisa Sancheza, który akurat wykonywał rzut rożny i wypinał się dokładnie w moją stronę. Nagle zaczęło lać, a nad stadionem pojawiła się cudowna tęcza – piękny moment! Masa ludzi zaczęła wychodzić około 10 minut przed końcem spotkania, a po końcowym gwizdku nie dało się przejść, mimo że przecież King Power Stadium ogromnej pojemności nie ma.

Pod barierkami przy parkingu zgromadziło się sporo kibiców, głównie Arsenalu. Mi szczęśliwie udało się zająć miejsce na samym przedzie, co jednak ostatecznie okazało się być minusem, ale o tym za chwilę. Pół godziny po końcowym gwizdku z budynku zaczęli wychodzić członkowie ekipy Arsenalu (masażyści, kitman itd.), a następnie sami piłkarze.

Kano(NIE)rzy

Wydaje mi się, że jako pierwszy pojawił się Calum Chambers, który mimo nawoływań dzieci nie raczył podejść, by porozdawać podpisy. To samo, niestety, mogę napisać o większości Kanonierów.

Rozemocjonowani ludzie najbardziej oczekiwali Alexisa Sancheza (przyznam, że ja chyba też przyszłam głównie dla niego, gdyż jest to jeden z moich ulubionych piłkarzy). Kiedy przechodził, dzieci skandowały jego imię, a on po prostu schował torbę do bagażnika i wszedł do autobusu…

Niektórzy Kanonierzy, jak np. Olivier Giroud, zdobyli się na pomachanie i rzucenie krótkiego uśmiechu. Ma ktoś jakiś order na zbyciu? Nie mogę zapomnieć o Wengerze, który długo wszystkich pozdrawiał i sprawił wrażenie niesamowicie sympatycznego. I nie, nie wyszedł jako czwarty.

Druga strona medalu

Piłkarzami, którzy podeszli do kibiców, byli Rob Holding i Theo Walcott. Rob był bardzo miły i wręcz sprawiał wrażenie zawstydzonego tym, jak wiele osób prosi go o zdjęcie. Największe wrażenie wywarł na mnie Walcott – przysięgam, to chyba najmilszy piłkarz na świecie! Przez bite pół godziny rozdawał autografy, robił selfies z fanami…

No właśnie. Tu dochodzimy do tego, że jednak stanie w pierwszym rzędzie nie było do końca perfekcyjnym wyborem. Tłum zachowywał się tak dziko, że nie miałam jak podać Theo swojego aparatu, bo z pewnością wylądowałby on na betonie. Nie uwierzycie, ale Theo… przeprosił mnie za to, że ludzie się pchają („Gdybym wziął twój mobile phone, to on na pewno by crushed on the floor, sorry”), i w zamian za brak zdjęcia przytulił mnie przez barierki. Przyznajcie, czy on nie jest fantastyczny?!

Przy okazji, jeśli jakimś cudem to wspomnienie jest właśnie czytane przed dwóch chłopaków z Polski, którzy głośno wyrażali swoje niezadowolenie z faktu, że „jakiś typ walnięty się na nich pcha”, to pozdrawiam Was, chłopaki, serdecznie! Też mnie irytował.

Cierpliwe Lisy

Przechodząc do piłkarzy Leicester – wywarli na mnie o wiele lepsze wrażenie, z małym wyjątkiem. Okazaki rozdawał autografy 1,5 godziny (!), a wielu innych zawodników również znalazło czas dla kibiców. Na zdjęciach ze mną są właśnie Shinji, Andy King („Jeszcze raz, na tamtym zamknąłem oczy!” to hit roku. I dlaczego pomyśleliście, że kadr naszego selfie objął 1/10 mojej twarzy, no dlaczego? Wcale nie, wcal…), Danny Drinkwater i Wes Morgan.

Danny prawie upuścił mój telefon, przez co jakieś 82734726 razy powtórzył „sorry”, co było bardzo zabawne i urocze, a zdjęcie ostatecznie zrobiłam ja… Kiedy Mahrez przechodził koło autobusu Arsenalu, ktoś krzyknął „Dlaczego nie wsiadasz?!” (?), a Riyad się roześmiał. Wszyscy byli bardzo mili, widać było, iż spędzanie czasu z kibicami sprawia im przyjemność, a nie jest tylko aktem nadzwyczajnej łaski służącej jeszcze większemu ociepleniu wizerunku klubu.

Wzloty i upadki

Przez pewien czas nie przychodzili kolejni zawodnicy, a ja wypatrzyłam Wasyla, z czego bardzo się ucieszyłam– za czasów jego gry w Anderlechcie, był to mój największy idol. Na chwilę odeszłam od barierek, by zawiązać sznurówkę. Ach, ile korzyści przynosi denerwujący but! Podnoszę głowę, a kilka metrów przede mną idzie powoli Bartek Kapustka. Nie był wtedy jeszcze w Anglii do końca znany (w sumie nadal nie jest…), więc spokojnie mógł przemieszczać się poza wyznaczoną dla gwiazd Lisów strefą. Koło niego szła Klaudia, jego dziewczyna. Oboje okazali się być baaaardzo uprzejmi i, poza zrobieniem zdjęcia, wymienili ze mną kilka zdań. Miałam okazję rozmawiać z wieloma sportowcami, ale to właśnie Kapustka wywarł na mnie jak na razie największe wrażenie swoim poukładaniem.

Minuty mijały, ściemniało się, kolejni piłkarze nie wychodzili, a jednak kilku najwytrwalszych łowców zdjęć i autografów zostało. Powód był jeden – Jamie Vardy. Wreszcie, godzinę po reszcie, wyszedł z budynku przy krzykach oszalałych ze szczęścia kibiców. Każdy z nas już poprawiał fryzurę, już włączał aparat, już odtykał długopis, a Jamie… A Jamie posadził swoją córeczkę na tylnym siedzeniu, włączył jej bajkę, usiadł za kierownicą, zapiął pasy i odjechał.

No, to by było na tyle z mojego planowego pogadania z najlepszym strzelcem poprzedniego sezonu ligi angielskiej.

Finalnie… Niech pomyślę

Wszystko osiągnęłam, używając praktycznie zerowego nakładu finansowego. W kilka godzin zobaczyłam mistrzów Anglii i ulubiony angielski zespół. Zamieniłam parę zdań z piłkarzem, za którego karierę od dawna trzymałam kciuki (patrz: rodzaj roślin zielnych z rodziny kapustowatych). Byłam na odległość koszulki z wieloma piłkarzami jednej z najbardziej cenionych lig.

W sumie, kto by się przejął minusami?

Udostępnij:

Joanna Zalewska

Obudź ją w środku nocy, a wymieni ci wyniki drugiej ligi na 5 lat wstecz. Kocha „niszowe” rozgrywki; mając możliwość wyjazdu na trwające równolegle El Clásico i derby Warszawy, spytałaby, za ile pociąg do stolicy. Jej serce skradły reprezentacje Polski (2007), Włoch (2006) i Węgier (2010). Poza tym siedzi głęboko w układach kibicowskich.

You may also like...