„Szpilki na stadionie”: głupi to ma zawsze szczęście, czyli dramaty, awantury i uśmiech Dybali

Czy wszystkie moje wycieczki na mecze muszą być tak dramatyczne? Nie pytajcie o to mnie, bo sama tego nie rozumiem. Dziś opowiem Wam o tym, jak zjechałam pół Polski, z Łodzi do Warszawy, z Warszawy do Łodzi, z Łodzi do Gdańska, z Gdańska do Warszawy i z Warszawy wreszcie do Łodzi po to, żeby zobaczyć na żywo Juve a i tak wrócić do domu z poczuciem katastrofy. Zapraszam na moją relację z meczu Juventusu z Lechią Gdańsk!

Prowadząc kiedyś fanklub Mario Mandżukića poznałam pewną Chorwatkę. Nie ją jedyną, ale to właśnie ona będzie jedną z bohaterek dzisiejszej historii.

„Głupi to ma zawsze szczęście”

Któregoś dnia w Polsce pojawiły się informacje, jakoby Atletico, którego zawodnikiem był wówczas Mandżu, miało zagrać sparing we Wrocławiu. Moim celem od razu stał się bilet na taki mecz. Temat jednak ucichł zanim się rozkręcił. Bardziej interesowały mnie zatem plotki transferowe dotyczące mojego ulubionego zawodnika…
Mówią, że głupi to zawsze ma szczęście. To chyba prawda, bo dosłownie kilka chwil po transferze Mandżukića do Juventusu okazało się, że… Juventus zagra w lipcu sparing z Lechią Gdańsk! Wyobrażacie sobie jak euforyczna była moja reakcja?

Od słowa do słowa w głowie mojej i koleżanki z Chorwacji zrodził się piękny plan pojechania na ten mecz. Tylko… Jak? Nie ma jednak rzeczy niemożliwych – zagraniczna przyjaciółka w tym celu rozpoczęła pracę, ja wyskrobałam ostatnie pieniądze, które mi zostały i kupiłyśmy bilety. Pierwszy rząd! Nic nie zapowiadało faktu, że mecz będę oglądać prawie że ze łzami w oczach i nie ma tu mowy tylko i wyłącznie o łzach szczęścia, choć kilka z nich takich było.

Zadecydowały ułamki sekund

Przyjechać do mnie miała około 2 dni przed meczem – tak, aby przed tym wydarzeniem jeszcze się przespać. Z chorwackiego wybrzeża, z przesiadką w Monachium, miała wylądować w Warszawie, skąd pojechałam ją odebrać. Wszystko szło tak, że aż miło. Widocznie wszystkie problemy, które miałam wtedy napotkać zdecydowały, że efekt będzie ciekawszy jeśli się skumulują i spadną na mnie jak grom z jasnego nieba.

Podekscytowane wróciłyśmy nocą z Warszawy do Łodzi. Wczesnym rankiem odjeżdżał nasz pociąg do Gdańska. Nie mogłam usnąć, w dodatku jak na złość do mieszkania wpadły mi 3 wielkie ćmy, a boję się ich jak ognia. Nic więc dziwnego, że rano… Zaspałyśmy. Obudziłyśmy się w momencie, kiedy do odjazdu pociągu zostało nam pół godziny. Dostanie się na dworzec w tak krótkim czasie, wliczając w to ubranie się i spakowanie nie wchodziło w rachubę, a następny pociąg zawiózłby nas do Gdańska za późno.

Z prędkością światła, nie będąc nawet pewne, czy zamknęłyśmy drzwi, wyparowałyśmy z domu i złapałyśmy pierwszą lepszą taksówkę, a kierowcy zaznaczyłyśmy, że ma jechać najszybciej jak potrafi, nawet gdyby miał prowadzić jak samochód w GTA. Na dworzec dotarłyśmy dokładnie 2 minuty przed odjazdem pociągu. Biegnąc szybciej niż sam Usain Bolt wbiegłyśmy na peron, a tam – prawie jak w amerykańskim filmie – w tej samej chwili zamykają się nam przed nosem drzwi pociągu a zawiadowca już gwiżdże na odjazd. Zaczęłyśmy więc krzyczeć i po polsku, i po chorwacku tak głośno, że pociąg jednak nie ruszył, a my dokonałyśmy cudu i zdążyłyśmy w ostatnim ułamku sekundy.

Śniadanie z piłkarzami… No, prawie

Następne długich kilka godzin spędziłyśmy w pociągu, w przedziale z rodziną, która… Też jechała na mecz! Kiedy nie lubili tych samych zawodników, których lubiłyśmy my, obgadywałyśmy ich po chorwacku, a oni niewiele z tego rozumieli. Było jednak całkiem przyjemnie, pomimo ścisku i porannych doświadczeń. Jeśli kiedykolwiek przeczytają ten artykuł niech wiedzą, że mam nadzieję, że wyszło im lepiej niż mnie.
Gdańsk przywitał nas słoneczną pogodą. Poszłyśmy zameldować się w hostelu a naszym następnym celem był HOTEL GDAŃSK, w którym stacjonowali piłkarze Juventusu. Właśnie wtedy moja koleżanka zaczęła zachowywać się trochę dziwnie. Straciła ochotę na cokolwiek, a wyczekiwanie na zawodników nazwała stalkingiem (choć stalkingiem nie była już według niej jej wieczorna próba dostania się na zamknięty teren wyżej wymienionego hotelu). Uparłam się jednak, że będę tam stać, nie byłam zresztą sama – zebrała się tam całkiem spora grupa sympatyków Juve i wszyscy świetnie się bawili. W międzyczasie zjadłyśmy coś w Hotelu Gdańsk (było to najdroższe śniadanie w moim życiu, ale warto było mieć świadomość, że pożera się pannacottę, która była najtańsza, w tym samym hotelu, w którym mój idol właśnie myje zęby).

Autobus piłkarzy / fot. Nemirrna

 

Oby się tylko gdzieś nie utopiła w swoim rozgoryczeniu

Kiedy wróciłyśmy w miejsce, w którym kibice czekali na piłkarzy, koleżanka nadal pozostała nieugięta – do tego stopnia, że gdy ja skakałam z radości pod barierką, ona stała kilkaset metrów dalej, zupełnie poza grupą, gdzieś przy rzece Motławie. Przez cały czas, mimo szczęścia, czułam pewien zawód i do tego obawę, żeby moja towarzyszka nie utopiła się w tej rzece pod moją nieobecność. W międzyczasie pogoda znacznie się popsuła. Zaczęło najpierw padać, a potem po prostu lać. Piłkarze opóźniali się, wciąż nie wychodzili z hotelu, mimo że do meczu pozostawała mniej niż godzina. Właśnie to było w tym wszystkim przerażające – oni mają uprzywilejowany autobus, nie spóźnią się, ale my? Hotel znajdował się naprawdę daleko od stadionu…

Zaczęła się awanturować akurat kiedy piłkarze wychodzili z hotelu

W końcu wyszli a ja nieomal zemdlałam. Czekałam jednak cierpliwie na swojego bohatera zawiedziona faktem, że pozostali nie chcą dać nam autografów. Kiedy wyszli już prawie wszyscy prócz Mandżukića, moja koleżanka pojawiła się u mojego boku i zaczęła awanturować się, że nie zdążymy przeze mnie na mecz. Miała trochę racji, ale nie byłyśmy jedynymi osobami pod hotelem, które musiały na stadion jakoś dotrzeć. W ostatniej chwili odpuściłam i nie zobaczyłam wielkiego wyjścia mojego ulubionego Chorwata.

W deszczu szukałyśmy jakiejkolwiek taksówki, ale żadna nie była wolna. Zjazd kibiców z całej Polski miał w tym na pewno swój udział. Minuty mijały, a nam kolejny raz groziło nie dotarcie gdzieś na czas. Po długich poszukiwaniach znalazłyśmy taksówkę, a kierowca obniżył nam nawet cenę za przejazd widząc nasze łzy, desperację i przemoczone od ulewy ubrania. Znowu się udało. Pojawiłyśmy się na trybunach jeszcze kilka minut przed rozpoczęciem meczu, ale mój humor był już mocno zepsuty przez irytujące zachowanie mojej koleżanki. Przez pół drogi na stadion puszczała mi w końcu najgorsze chorwackie wiązanki, bo uważała, że to wszystko moja wina. Byłam bezsilna.

Stadion, wówczas jeszcze nazywający się PGE Arena / fot. Nemirrna

 

Flaga niezgody, uśmiech Dybali oraz „za tym autobusem, proszę”

Specjalnie na okazję meczu zakupiłam ogromną flagę Chorwacji. Okazało się jednak, że dla mojej kumpelki nawet ta flaga wystarczy, żeby miała powód do obrażenia się. Stwierdziła bowiem, że to nie jest mecz reprezentacji Chorwacji i że machanie taką flagą to wstyd, a jeśli wywieszę ją na barierce, to ona sobie pójdzie. Nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby ją zgubić, bo czułam się za nią odpowiedzialna jak za gościa. Postanowiłam więc, że odpuszczę, choć było mi strasznie żal. Jak się okazało, ta flaga również potem stała się wielką kością niezgody.

Kochani chłopcy na stadionie

Moja radość wróciła, kiedy mecz rozpoczął się i w pewnym momencie Paulo Dybala wykonywał rzut rożny dosłownie kilka metrów ode mnie i… Uśmiechnął się do mnie i kibiców! To było coś! W drugiej połowie z kolei Mandżukić zanotował swoje pierwsze trafienie dla Juventusu, a ja widziałam to wszystko na żywo. Było to piękne spotkanie, po którym kilku piłkarzy Bianconerich podeszło tuż pod barierkę za którą stałam, i cieszyli się ze zwycięstwa.

Galeria zdjęć z meczu Lechia Gdańsk vs. Juventus

fot. Nemirrna

Po meczu uznałyśmy za „całkiem prawdopodobne”, że jeśli powtórzymy numer z taksówkarzem i prośbą o jazdę jak w GTA, to dotrzemy do hotelu przed piłkarzami i wszystkimi kibicami, zaryzykowałyśmy więc. Zawsze marzyłam, żeby powiedzieć do kierowcy za tym autobusem, proszę i w końcu marzenie to się spełniło. Niestety, w związku z wielkimi korkami autobus jadący kilkaset metrów dalej zniknął nam z pola widzenia, kazałyśmy zawieźć się więc pod Hotel Gdańsk. Kosztowało nas to 100 zł, czyli całe pieniądze, które miałam przeznaczyć na jedzenie dla siebie. To właśnie dlatego w ciągu tych trzech dni zjadłam jedynie frytki i może ze 2 tanie bułki, bo tylko na nie było mnie już stać. Jadłam tak te frytki, patrząc na hotel, w którym siedzieli piłkarze, i miałam dość wszystkiego.

Po powrocie do hostelu chciałam już tylko położyć się i zapomnieć o wszystkich wyrzutach mojej koleżanki. Nagle pokazała mi jednak zdjęcie, jakie wstawił na swojego Instagrama Mandżukić… Stał on na tle CHORWACKIEJ FLAGI w Gdańsku a pod zdjęciem napisał, że jest mu bardzo miło, że tu też może poczuć się jak w domu. Eksplodowałam. Straciłam szansę na sprawienie radości mojemu idolowi, na bycie zapamiętaną, przez fanaberię dziewczyny, której nawet dobrze nie znałam. Byłam wściekła i rozżalona jak nigdy. Zamknęłam się w łazience i przez pół godziny płakałam z wściekłości nie wiedząc nawet, że prawdopodobnie najpoważniejsza i najcięższa gra na czas czeka mnie dopiero rano.

 

Maraton z Gdańska do Warszawy, czyli jak przejechać pół Polski w niecałe 5 godzin i zdążyć na samolot

Gdybyśmy spóźniły się na pociąg, straciłybyśmy pieniądze za nasze bilety i pociąg. Gdybyśmy spóźniły się na mecz, w najgorszym przypadku straciłybyśmy bilety na spotkanie, ale najprawdopodobniej nie widziałybyśmy tylko kilkunastu pierwszych minut spotkania. Gdybyśmy jednak z Gdańska nie dojechały następnego dnia na czas do Warszawy, koleżanka straciłaby warty kilkaset złotych bilet samolotowy na powrót do Chorwacji i musiałaby potem wrócić na mój koszt.
Wiele razy informowałam ją co, jak, kiedy i o której godzinie. Wysyłałam jej dokładną rozpiskę, a także wieczorem przed powrotem do Warszawy mówiłam jej, o której odjeżdża nasz autobus. Nastawiłyśmy budziki. Zadzwoniły planowo. Po wyłączeniu alarmu ona natychmiast zdążyła już wstać, ja byłam jeszcze chwilowo nieprzytomna, jak to minutę po przebudzeniu. Nagle Chorwatka stwierdziła, że przecież jest za wcześnie, że to pomyłka, że przecież mamy jeszcze dodatkową godzinę. Zaspana zaufałam jej, bo sama jedną nogą byłam jeszcze w krainie Morfeusza, jak większość osób zaraz po wybudzeniu, które przyjmują wtedy do wiadomości wszystko, co się im powie. W normalnym tempie potem dotarłyśmy na dworzec, z którego odjeżdżały Polskie Busy. Czekałyśmy i czekałyśmy… Bus nie przyjeżdżał. Zaczęłyśmy się więc niecierpliwić i ogarnął nas niepokój. Po kolejnych kilkunastu minutach okazało się, że bus odjechał… Godzinę wcześniej, czyli zdążyłybyśmy, gdybyśmy wstały wtedy, kiedy dzwonił nastawiony przeze mnie budzik, a koleżanka nie omamiłaby mnie dodatkową godziną snu. Błąd jest rzeczą ludzką i nie miałabym do niej o nic żalu, zdarza się, gdyby nie fakt, że tradycją stało się już, że wszystkiemu co złe winna jestem ja. Tym razem błąd był jednak po obydwóch stronach, a śmiało powiedzieć można nawet, że ciut bardziej zawiniła ona. To się nie liczyło.

Samolot koleżanki miał odlatywać za 5 godzin. Dramat. W 5 godzin znaleźć transport zastępczy i dotrzeć z Gdańska do Warszawy? Prawie 350 kilometrów, a na lotnisku trzeba przecież być wcześniej i przejść odprawę. Obawiałam się, że to niemożliwe, a mój stres sięgał zenitu, tym bardziej że nie mogłam się nawet skupić nad obmyśleniem jakiegokolwiek planu z powodu głośnych pretensji mojej koleżanki. Kasa biletowa Polskiego Busa była jeszcze zamknięta, na kolejnym busie widniał napis „awaria terminala płatniczego”, a nie miałyśmy już gotówki. Nie było czasu na szukanie bankomatu, liczyła się każda minuta, zresztą planowy czas dotarcia na miejsce i tak wykluczył podróż busem.
Znowu biegiem dotarłyśmy do kasy biletowej PKP, następny zwykły pociąg odjeżdżał jednak o wiele za późno, by na czas dotrzeć nim do Warszawy. Kasjerka powiedziała, że jedynym wyjściem jest pendolino, które odjeżdża za 5 minut. Niestety, dwa bilety kosztowały 150 zł… Stałam więc przed wyborem wywalenia 150 zł za siebie i koleżankę, która awanturowała się, że nie zapłaci, bo to moja wina, albo zignorowaniu sytuacji i późniejszym problemem zwrotu pieniędzy za lot koleżanki, bo widząc jej zaciętość, była gotowa zrobić ze mną wszystko, bylebym tylko to ja odpowiedziała za błąd, który leżał po obydwóch stronach. Zdecydowałam, że zapłacę za to pendolino, a do niej więcej się nie odezwę. Zostawię ją w Warszawie, niech radzi sobie sama, bo nie mam już na to wszystko siły.
Ostatecznie postanowiłam, że jeśli koleżankę zaprosiłam, to jaka by nie była, nie będzie kulturalne zostawić ją na pastwę losu w obcym mieście. Odprowadziłam ją na lotnisko.

Podsumowując wyjazd na mecz…

Pomimo, że za każdym razem ratowałam nas z opresji nawet gdy nie byłam winna, wydałam na nią sporo swoich prywatnych pieniędzy, żeby tylko mogła wrócić do domu, ona nadal była na mnie obrażona. No cóż, nie mnie to wszystko oceniać, nie mam do niej żalu o fakt, że była przestraszona, ale mam żal o to, że ostatecznie wszystko dzięki temu, że zachowałam zimną krew, udało się szczęśliwie doprowadzić do końca, to koleżanka nadal mną pomiatała. Pomimo wszystkiego, co miało miejsce, nie żałuję, że pojechałam. Widziałam wielkich piłkarzy z bliskiej odległości, spełniłam marzenie o wyjeździe na mecz, przeszłam poważny test na odpowiedzialność w sytuacjach kryzysowych, mam co wspominać a także wiem już, że zawsze należy ufać swojej intuicji i że ludzie, którzy wydają się być sympatyczni, nie zawsze takimi są.

Udostępnij:

Agnieszka Miszczak

Zakochana w reprezentacji Chorwacji i piłce nożnej w wydaniu bałkańskim. Jej ulubionymi klubami są Juventus, Dinamo Zagrzeb, lubi także Real Madryt. Jakiś czas temu pokochała Serie A na zabój. Prawdopodobnie największa fanka Mandżukića na świecie. Liga Mistrzów to dla niej świętość i chce, aby hymn tych rozgrywek zagrano na jej ślubie zamiast marszu Mendelsona.

You may also like...