„Szpilki na stadionie” – jak się kibicuje na Curva Sud Milano?

Trybuna Curva Sud Milano

19 lutego tego roku miałam okazję być na najgorętszej trybunie San Siro podczas meczu AC Milan – AFC Fiorentina. Jeśli chcecie dowiedzieć się, czym różnią się polskie stadiony od włoskich, co robią dzieci między ultras i jaka jest firmowa cieszynka Curva Sud Milano, to zapraszam do przeczytania reportażu!

Zdobycie biletów na Milan nie jest ostatnimi czasy, niestety, najtrudniejszą sztuką. Kibice, przyzwyczajeni do ogromnych sukcesów klubu, od kilku lat tracą ochotę na oglądanie teraz już – teoretycznie – zwykłego włoskiego średniaka. Dlatego też kupno wejściówek na mecz przeciw Fiorentinie przebiegło bez problemu na miesiąc przed spotkaniem, a w jego dniu nadal prawie każdy sektor miał sporo wolnych miejsc.

Z domu ruszam około 19, bo czeka mnie kilka przesiadek. W metrze już czuć TĘ atmosferę – zewsząd dobiegają podekscytowane głosy debatujące nad potencjalnym przebiegiem meczu. Wesoły pojazd dociera pod stadion 50 minut przed pierwszym gwizdkiem, więc na spokojnie przechodzimy krótką drogę ze stacji na arenę zmagań. Kto widział San Siro od zewnątrz, ten wie, jak ogromne robi wrażenie. Może przecież pomieścić aż 80 tysięcy osób!

 

 

Po niezliczonej ilości kontroli wreszcie idziemy z moim tatą długimi schodami prowadzącymi na trybunę. Bilety kupiliśmy praktycznie w ciemno, więc podczas tej drogi mogę się domyślać nad położeniem mojego sektoru tylko z położenia kołowrotka, którym weszłam. I tak, kiedy ukazuje mi się przed oczyma po ostatnim zakręcie ogromna flaga, domyślam się, że najbliższe 2 godziny spędzę z ultrasami.

Zapowiada się ciekawie.

Od razu spotykam dwóch chłopaków z Polski, którzy cieszą się, że w tłumie odnaleźli kogoś „swojego”. Oczywiście na Curva Sud Milano, tak jak i na innych trybunach tego typu, numeracja miejsc w praktyce nie obowiązuje, ale gdzieś stanąć trzeba. Wybieram pierwszy rząd na drugim pierścieniu. Wszyscy miło się witają, przygotowują flagi. Wreszcie na boisko wychodzą piłkarze – Milanu witani euforycznie, Fiorentiny przeraźliwie wygwizdani. Podchodzi do mnie pewien mężczyzna, będący częścią jednej z grup ultras, przedstawia się i radzi, żebym przeniosła się do drugiego rzędu. Nie rozumiem czemu, ale szybko się przekonuję.

 

 

Na trzy minuty przed rozpoczęciem meczu flagi idą w górę. Stoimy na krzesełkach, a dowodzący dopingiem standardowo siedzą na barierkach. Ktoś przypomina donośnym głosem, jakie zasady panują na naszym sektorze – „Nie śpiewasz? To cześć.”. Nie umiem naliczyć, ile razy dostaję płachtą w twarz… Ale nawet to mi się podoba. Atmosfera jest niesamowita. Inne trybuny nie wypełniły się do końca (jak się potem okazało, obecnych było 38 tysięcy ludzi), ale na naszej jest wręcz nadwyżka.

Po kilku minutach Milan wychodzi na prowadzenie. Tej euforii nie da się opisać. Ludzie skaczą sobie w ramiona, podnoszą flagi, kilka osób odpala race. Teraz wiem, czemu kibicowanie w pierwszym rzędzie nie jest pomysłem idealnym – bez szwanku wyjść się nie da. A to ktoś przyjacielsko klepie cię w twarz, a to rozrywa koszulkę z radości, a to wylewa na ciebie jeden z tysięcy kubeczków piwa, sprzedawanych przez miłych, aczkolwiek lekko przestraszonych sprzedawców. Ledwo odkładamy flagi, a już jest remis. Kibice Violi dają o sobie znać, szybko sprowadzeni na ziemię przez Curva Sud. Uprzejmości trwają kilka minut, a nagrania nie nadają się raczej do publikacji. Wszyscy są już „w rytmie”.

Jeszcze przed przerwą Deulofeu w pięknym stylu zdobywa swoją premierową bramkę i Milan ponownie prowadzi. Dziwię się, że jest to zauważone – przecież w tym miejscu piłka nie liczy się najmocniej… A ja? Ja… wstaję z cementu, cała mokra od piwa. Po każdej bramce kilkunastu ultras z pierwszego rzędu popycha kilku kolejnych, ci kolejnych, i tak dalej. Tym razem ostatnim wagonem byłam ja. Wyciskam kurtkę z piwa, dwóch osiłków łapie mnie pod boki i pomaga wstać. Jest fajnie!

 

 

Czas na 15 minut odpoczynku. Kilkaset widzów znika, inni siadają choć na moment. Po przerwie zmieniają się ultrasi z barierek. Zauważam, że jeden z nich w przerwie przyprowadza z innej trybuny swojego kilkuletniego synka. Podczas drugiej połowy trzyma go, stojącego na barierkach, i uczy słów przyśpiewek. Słyszę, jak chłopczyk mówi jednemu z kolegów taty, że chce być taki jak oni. Jeden z kibiców mdleje, spada z około 4 rzędu. Zaczyna być nerwowo, trzeźwo myślące osoby biegną po medyków. Mężczyzna zostaje zabrany i nikt już o incydencie nie pamięta.

Koniec. Wygrana! Ręce bolą od oklasków, gardła umierają. Zwijamy flagi i, potykając się o kubki po piwie, schodzimy z trybuny. Po drodze nie zapominamy o śpiewach na temat największego rywala Milanu – Juventusu. Świętowanie trwa jeszcze przy wejściu do metra, gdzie tysiące osób czekają na odjazd do domu. Tak kończy się wieczór z meczem jednego ze średniaków Serie A… I tyle.

 

Udostępnij:

Joanna Zalewska

Obudź ją w środku nocy, a wymieni ci wyniki drugiej ligi na 5 lat wstecz. Kocha „niszowe” rozgrywki; mając możliwość wyjazdu na trwające równolegle El Clásico i derby Warszawy, spytałaby, za ile pociąg do stolicy. Jej serce skradły reprezentacje Polski (2007), Włoch (2006) i Węgier (2010). Poza tym siedzi głęboko w układach kibicowskich.

You may also like...