Anatomia porażki oczyma kibica – jak boli przed telewizorem a jak na trybunach?

Smak przegranej znają wszyscy kibice. Nawet ci, którzy na co dzień wspierają gigantyczne kluby pławiące się w sukcesach. Nikt nie wygrywa wiecznie. Po tym, jak byłam świadkiem trzech porażek swoich drużyn w trzech meczach, na których byłam, nie mogłam się oprzeć napisaniu tego artykułu. Jak wygląda anatomia porażki oczyma kibica?

Kilka rodzajów porażek – przegrana nie zawsze jest porażką

W bardzo prostym rozumowaniu porażka jest wtedy, kiedy dana drużyna przegrywa a zwycięstwo, kiedy wygrywa. Brzmi to tak banalnie, że mamy nadzieję, że nikt tego zdania nie wykorzysta do tworzenia memów inspirowanych Paulo Coelho. Piszemy to, bo nie wszystko złote, co się świeci i nie wszystko w piłkarskim świecie jest tak proste i banalne, jeśli jest się kibicem.

Dlaczego przegrana nie zawsze jest porażką?

Wyobraźcie sobie starcie giganta z kopciuszkiem. Tłumy kibiców, którzy są wręcz pewni, że spotkanie wygra wielki klub i garstkę wiernych, niepoprawnych optymistów, którzy wierzą w szanse niepozornej drużyny, która cała kosztuje tyle, co jeden piłkarz przeciwników.
Kopciuszek przegrywa, ale… nieznacznie. Walczy do końca, mało znani piłkarze zostawiają na boisku krew, pot i łzy. Czy w takiej sytuacji możemy mówić o porażce? Nie do końca. Ale czy to boli mniej? Może się tak zdarzyć. Może też boleć bardziej, bo było dużo bliżej zwycięstwa niż ktokolwiek podejrzewał.

Dlaczego wygrana nie zawsze jest zwycięstwem?

W sporcie różnie bywa. I nie, nie zawsze jest sprawiedliwie. Widujemy i sytuacje, w których nawet kibice własnej drużyny są świadomi, że gdyby nie zrządzenie losu lub kująca w oczy pomoc sędziego, nie wygraliby. Są tacy, którzy zakłamują rzeczywistość i twierdzą, że zwycięstwo to zwycięstwo, ale styl jest równie ważny, bo niesmak pozostaje często na długo.

Pojechała na trzy mecze, widziała trzy srogie przegrane swoich drużyn

Cuda się zdarzają, niestety nieczęsto. Naprawdę wierzyłaś, że Macedonia lub Serbia wygrają z Hiszpanią?, pytają mnie ludzie. Wierzyłam w cud, bo nie mogłam swojej wiary podeprzeć statystykami. Nie takie rzeczy człowiek oglądał. Nadzieja umiera ostatnia.

Swoją przygodę z Euro U21 zaczęłam na trybunach od meczu Hiszpanii z Macedonią. Nie tylko ja naiwnie wierzyłam, że Macedończycy wywiną numer uwielbianym przez tłumy Hiszpanom – pod stadionem spotkałam więcej kibiców macedońskich aniżeli hiszpańskich. Bardzo chciałam niespodzianki, ale okazało się, że miałam okazję obserwować jak moja Macedonia przegrywa aż 5:0. Wysokość tej porażki nie była jednak najgorsza. Najgorsze było to, że oni grali naprawdę sensownie jak na drużynę, której żaden ekspert nie daje najmniejszych szans. Bywały momenty, że potrafili zagrozić i zdenerwować Hiszpanów. Być może to tylko ja, ale jest to dla mnie jedna z najdziwniejszych i najbardziej niezręcznych porażek, jakie widziałam – kiedy ktoś od tak spojrzy na wynik, stwierdzi że był to zwykły pogrom a La Rojita brutalnie rozjechała Czerwone Lwy. Tymczasem ten mecz, przyglądając się podaniom, technice, był naprawdę wyrównany i sensowny od strony Macedończyków. Czego zabrakło? Nie pasuje mi jakoś napisać, że szczęścia. Nie do końca zgadzam się, że umiejętności, choć na pewno też. Na pewno nie brakło waleczności. Po prostu nie wiem, czego zabrakło.
Ktoś mógłby w takim razie zapytać, dlaczego kibicowałam Macedonii wiedząc, że to sprawi mi ból. Przecież w tym meczu równie dobrze mogłam wspierać Hiszpanów a potem upajać się wysokim zwycięstwem, jestem Polką więc z pozoru mogłabym w takim spotkaniu kibicować komukolwiek. Niestety, nic nie poradzę na to, że w całym piłkarskim świecie najbardziej imponują mi zawodnicy z Bałkanów, za którymi stoję murem i tak będzie zawsze.

P.S. Justyna (po lewo) kibicowała Hiszpanii. Muszę to napisać, bo gdybym tego nie zrobiła, pozbawiłaby mnie zębów 😉

Moje pochmurne samopoczucie miało być niedługo później rozjaśnione przez Włochów grających z Czechami. To miały być w miarę proste do zdobycia 3 punkty, w końcu włoska piłka to jedna z europejskich potęg, w reprezentacji Włoch młode gwiazdy Serie A, podczas gdy Czesi nawet, jeśli także mają swoje mocne strony, na pewno są dużo bardziej niepozorni niż Azzurrini.
Niestety, już po kilkunastu minutach oglądania meczu z trybun widziałam, że łatwo nie będzie. Zdziwiło mnie, jak nieporadni są na boisku Włosi. Zabrzmi to bynajmniej dziwnie ale większe zaangażowanie i bardziej zaciętą walkę pokazali Macedończycy w meczu z Hiszpanią niż Włosi przeciwko Czechom. Po pierwszej straconej bramce wszystko było jeszcze do zrobienia, ale nie przepełniał mnie optymizm. Potem doszło do wyrównania, ale nie na długo. Ostatecznie Czesi wygrali 3:1. Czego zabrakło? Nie wiem. Być może Włosi mieli zły dzień, być może z równowagi wyprowadzały ich gwizdy czeskich kibiców, które doprowadzały mnie do ku*wicy szału.

Znów to samo. Czechy 3:1 Włochy.



W piątek z kolei oglądać w Bydgoszczy miałam mecz Serbów z Hiszpanami. Oczywiste jest chyba, komu kibicowałam. Kiedy obudziłam się rano, miałam w sobie jeszcze wiarę, ale biorąc pod uwagę jak pechowy (również bez względu na wynik) okazał się być dla mnie ten dzień, z godziny na godzinę traciłam nadzieję na cokolwiek. Na mecz prawie nie dojechałam ze względu na samochód, który zechciał się zepsuć akurat tego dnia rano a usterka była na tyle poważna, że nie dało się jej naprawić w kilka godzin, samochód nadal cierpi u mechanika. Z drugą naszą redaktorką, Justyną, pobiegłyśmy zatem na pociąg. Prawie nie zdążyłyśmy kupić biletów ale okazało się, że mamy jeszcze sporo czasu, gdyż opóźni się o pół godziny, co w naszej sytuacji było już sporym opóźnieniem. Dodajmy do tego problemy z odnalezieniem noclegu w Bydgoszczy i prawie spóźnienie na mecz. To nie mogło się skończyć dobrze. Ostatecznie Serbowie przegrali 1:0, przy czym już w pierwszej połowie zmuszona byłam oglądać wyrzucenie Uroša Đurđevicia z boiska.

Ze względu na architekturę stadionu nie dało się nawet rozwiesić transparentu.

Bardziej boli przed telewizorem czy na trybunach?

Na to pytanie ciężko odpowiedzieć. Śledząc mecz na żywo z trybun dużo inaczej przeżywa się porażkę. Czuje się na sobie prześmiewcze spojrzenia kibiców przeciwnej drużyny. Z drugiej jednak strony uczestniczy się w ciekawym wydarzeniu a piłkarzy wspiera się z najbliższej odległości, jaką można sobie wyobrazić, ma się wtedy nadzieję, że Twój doping i Twoja obecność cokolwiek zmieni. Przed telewizorem czuje się większą bezsilność – i to wcale nie dlatego, że siedząc na trybunach można wbiec na boisko i pomóc piłkarzom, bo nie można (to znaczy, śmiałkowie są zawsze, ale oni zazwyczaj wbiegają na boisko po coś innego, nierzadko nie w pełni ubrani). Doping nabiera wtedy zupełnie innych barw. Zwycięstwo smakuje dużo lepiej, ale i porażka jest bardziej osobista.

Daj Boże, by moja obecność nie zaszkodziła Włochom w półfinałowym starciu z Hiszpanami…

Pomimo, że mi przykro ze względu na te sromotne porażki, nie żałuję, że uczestniczyłam w imprezie. Organizacja na piątkę, nie narzekam na bezpieczeństwo, oprawa i zabawa – świetne. Miło jest jednak być częścią takiego wydarzenia, nawet jeśli nie było mi dane cieszyć się ze zwycięstw. A może w końcu dostanę swój gram szczęścia podczas półfinału w Krakowie?

A Wy, komu kibicujecie?

Udostępnij:

Agnieszka Miszczak

Zakochana w reprezentacji Chorwacji i piłce nożnej w wydaniu bałkańskim. Jej ulubionymi klubami są Juventus, Dinamo Zagrzeb, lubi także Real Madryt. Jakiś czas temu pokochała Serie A na zabój. Prawdopodobnie największa fanka Mandżukića na świecie. Liga Mistrzów to dla niej świętość i chce, aby hymn tych rozgrywek zagrano na jej ślubie zamiast marszu Mendelsona.

You may also like...