Euro U21 & „szpilki na stadionie”: Niemcy górują nad Danią, wujek Haberera i sława w internecie

W środę, 21 czerwca „na Cracovii” – jak to zwykli mawiać mieszkańcy Krakowa – mierzyły się młodzieżowe reprezentacje Niemiec i Danii. Mecz, zgodnie z przewidywaniami, zakończył się zwycięstwem naszych sąsiadów. Dzięki trafieniom Daviego Selke, Marca-Olivera Kempfa i Nadiema Amiriego młody Die Mannschaft po dwóch kolejkach fazy grupowej był samodzielnymi liderem grupy C. Mecz z wysokości trybun oglądała jedna z naszych redaktorek.

 

Wyjątkowy mecz

Wyjątkowy z racji tego, że pierwszy na jakimkolwiek poważnym turnieju.

Fakt, wcześniej bywałam na spotkaniach IV ligi, jednak zawsze przynosiłam pecha swojej drużynie, aczkolwiek różnica pomiędzy klasą amatorską a europejskim czempionatem była namacalna i aż nadto oczywista. A emocje towarzyszące mi w czasie tych dziewięćdziesięciu minut (licząc także czas spędzony na stadionie wychodzi znacznie więcej!) są niesamowite.

 

Wyjątkowy także dlatego, że po raz pierwszy sama wybrałam się w dłuższą podróż. Bardzo długą podróż.

Nie jestem z Krakowa, ani tym bardziej z jego okolic, więc moja podróż do stolicy Małopolski trwała dziesięć godzin! Dziesięć godzin w dwóch autobusach, a także ponad godzinny przejazd do miejsca (trzecim przewoźnikiem), gdzie spędzałam czas przed i po meczu (pozdrawiam Majkę!????). Wielogodzinna podróż trochę dawała mi się we znaki, lecz emocje związane ze zbliżającym się „małym świętem” skutecznie zrekompensowały mi trudy przejazdu. Gdybym miała jeszcze raz wybrać tak długą podróż, aby móc przeżyć to, co działo się w środę, zgodziłabym się bez zawahania.

 

Miłe spotkanie przed stadionem

Było chwilę przed godziną dziewiętnastą, gdy wraz z Majką i Adą zawitałam w pobliże stadionu. Rozglądałam się po asortymencie prowizorycznego sklepiku kibica, rozmyślając, czy warto zaopatrzyć się w flagę Niemiec, gdy zbliżyło się do nas trzech mężczyzn. Jeden z nich zagadał do mojej towarzyszki, chcąc dowiedzieć się, czy jesteśmy Niemkami. Gdy usłyszał negatywną odpowiedź, przeszedł na łamany polski, pytając, czy jesteśmy Polkami. Po uzyskaniu potwierdzenia uśmiechnął się i poprosił o wspólne zdjęcie.

Mężczyzna był bardzo miły i niemal cały czas się do nas szczerzył. Stanął obok mnie, rozciągając flagę, którą złapał jego kompan, stojący obok Majki. Na fladze napisane było „Haberer”, a to nazwisko widniało także na koszulkach Niemców. Po fotografii rozeszliśmy się, a nas wzięło na rozmyślania, czy to nie jacyś znajomi, albo i nawet rodzina, Janika Haberera.

Niestety, nie mam możliwości, aby podzielić się z Wami owym zdjęciem, bo nie przemyślałam tego i nie poprosiłam, aby Ada także cyknęła nam fotkę. Podałam mężczyźnie nawet swój numer telefonu, aby mógł mi ją wysłać, co także skończyło się fiaskiem.

 

Gdy siedziałyśmy na stadionie, kumpela w pewnym momencie powiedziała do mnie: „Spójrz, idą nasi przyjaciele”. Odwróciłam się we wskazaną przez nią stronę – faktycznie, kierowali się do nas. Znów zamieniliśmy kilka słów, przybiliśmy sobie piątki, po czym rzucił, abyśmy kibicowały „19”, czyli właśnie piłkarzowi SC Freiburg.

 

Die Mannschaft rozgrzewał się przed początkiem spotkania, a nasz „przyjaciel” stał przy barierkach. Dołączyłyśmy do niego, gdzie dowiedziałyśmy się kilku ciekawych faktów…

Okazało się, że owy pan jest „wujkiem kościelnym” Janika (tak tłumaczył mi, że podawał go do chrztu; gdy powiedziałam „chrzestny” stwierdził, że tak nie do końca, ponieważ Haberer jest wyznania ewangelickiego, czego także dotychczas nie byłam świadoma), pochodzi z Dortmundu, a jego żoną od 26 lat jest Polka, dlatego jest w stanie porozumiewać się z nami w naszym języku. Pamiętajcie, Polacy są wszędzie!

Pokazał mi także dziewczynę Janika, która była obecna na tym spotkaniu. Wcale jej nie widziałyśmy wcześniej.

 

Po meczu udało mi się z nim zamienić tylko krótkie „Do widzenia”. Któż wie, może kiedyś jeszcze się spotkamy?

 

Jedyne zdjęcie

Niemieccy piłkarze szybko zniknęli w szatni, szykując się na uczczenie wygranej. Do kibiców wyszedł tylko Niklas Stark, który rozdawał autografy oraz powiedział, że nie dają koszulek, bo mają po jednym komplecie. Prócz gracza Herthy Berlin podeszli do nas Julian Pollersbeck i Serge Gnabry, z którym także mam miłe wspomnienia.

Gdy tylko ujrzałam go z odległości metra, momentalnie zapomniałam, jak mam na imię i zamiast po niemiecku, zaczęłam mówić do niego łamanym angielskim. Na szczęście od razu się połapał, o co mi chodziło, wziął mój telefon i… zrobił zdjęcie. Podziękowałam mu i… w sumie to tyle.

Oczywiście do czasu.

Gdy wychodziłam ze stadionu, otrzymałam wiadomość na Twitterze, okraszoną kolokwialnym „DOMINIKA, FEJM DOJ*BANY”. Pod tymi trzema słowami znajdował się link, który odwiedziłam resztkami internetu, będąc kompletnie nieświadoma tego, co zaraz się wydarzy.

 

Przysięgam, przez pierwszą minutę nie wiedziałam, jak się oddycha. Wpatrywałam się w telefon jak jakaś idiotka, zapowietrzając się.

Potem poczułam taką radość, jakiej chyba nigdy nie doznałam. Znaczy się do dnia, gdy dowiedziałam się, że Ivana zechciał jakikolwiek klub i kiedy ten wygrał im finał jakiegośtam pucharu. Majka chyba miała mnie dość, ale dzielnie znosiła moje zachowania. Przecież niecodziennie możesz zobaczyć siebie na social media DFB-Junioren! Tak, to zdjęcie, jednakże bardziej zbliżone, znalazło się także na Instastory.

 

Fun fact: dodałam to samo na swojego Twittera, co ma większego „fejma”, niż post ze strony DFB.

 

Wyobrażałam sobie różne scenariusze tego wieczora – zaczynając od tego, że oberwę piłką w głowę, po moje konwersacje z piłkarzami – jednakże tego, co tam się faktycznie wydarzyło nie brałam pod uwagę nawet przez chwilę.

 

Mini galeria z meczu:

 

Skrót spotkania:

Udostępnij:

Dominika Milarska

Fanatyczka amatorskiego futbolu, w którym dosłownie wszystko może się zdarzyć. Koneser piłki nożnej, nie patrzący na bariery kibicowskie. Kibicująca reprezentacji Niemiec, sympatyzująca także z Duńczykami, Holendrami, Austriakami i Chorwatami. Odkryła Kneževicia prędzej niż Alois Schwartz.

You may also like...