Serca miast tętniące… meczami. O atmosferze tuż przed pierwszym gwizdkiem

Poznań, Warszawa, Szczecin, Mediolan, Leicester. Dziś pod lupę wzięta będzie „piłkarska atmosfera” tych miast w dniach ważnych meczów. Czemu kwiaty w warszawskich restauracjach nie mają lekko, w ilu językach mówi się na San Siro i jak to się stało, że w Leicester można wyrzucić nawigację GPS?

Poznań

Nie bez powodu stolicę Wielkopolski wymieniamy najpierw. Miasto to było bowiem zaledwie kilka dni temu świadkiem ciekawych zdarzeń. Mowa tu o napływie kibiców Legii Warszawa i… Arki Gdynia (zaprzyjaźnionych z Kolejorzem) z okazji arcyważnego starcia Lecha Poznań z Legionistami. Skandaliczne zachowanie Lechitów daje się we znaki „na szczęście” dopiero na stadionie. Od rana po ulicach spacerują małe grupki ludzi w niebiesko-białych barwach. Panuje osobliwy klimat, centrum jak zwykle żyje w biegu, a równocześnie daje się odczuć atmosferę oczekiwania. Pod hotelem, w którym zgromadzeni są zawodnicy gospodarzy, stoi klubowy autokar w otoczeniu kilkunastu fanów.

Kulturalne dyskutowanie nad potencjalnymi wieczorowymi wydarzeniami przybiera nieco inną formę na dworcu PKP. To przecież pociągami przyjeżdża do Poznania większość piłkarskich fanatyków. Po peronach odbijają się echem przyśpiewki Legii i Lecha. W pewnym momencie dwie takie grupy mężczyzn słusznej postury spotykają się na ruchomych schodach – jedni jadą do góry, drudzy na dół. Zauważywszy się nawzajem, milkną momentalnie. W trakcie mijania posyłają sobie złowrogie spojrzenia, ale już po chwili powracają do wesołych rozmów na temat sportowego aspektu wydarzenia. Legioniści są skupieni na kwestii mistrzostwa, nie na szukaniu guza, jednak u dołu schodów przecinają drogę Arkowcom – celowo lub nie. Mała przepychanka słowna trwa ostatecznie tylko kilka sekund. Minięte jeszcze kilka podobnych sytuacji oraz dwie starsze panie, przerażone ilością osób ubranych w podobne koszulki, i można wsiadać do pociągu.

 

Szczecin

Piłkarska atmosfera w tym mieście, związana oczywiście z występami miejscowej Pogoni, przypomina tą zaobserwowaną w Poznaniu. Różnicę robi jednak samo… miasto. Kto był w Szczecinie, ten wie, jak specyficzną jest on miejscowością. Patrząc na szare budynki, nie sposób nie pomyśleć o czasach pojedynków Widzewa z ŁKS-em czy Wisły Kraków z FC Barceloną. Oldschool – to właśnie to słowo najlepiej opisuje szczecińskie futbolowe doświadczenia.

Tak jak w większości polskich miast, największe emocje budzi zwykle pojedynek z Legią. Nie ma zaskoczenia i tym razem. Na 3 godziny przed meczem kolejki po bilety w jednym z centrów handlowych osiągają długość kilkudziesięciu metrów. Spod galerii częściej niż zazwyczaj odjeżdżają tramwaje, każdy wypełniony po brzegi. Jeśli ktoś jeszcze nie czuł podekscytowania związanego z meczem, teraz z pewnością jest już pochłonięty myślą o pojedynku. Nie da się inaczej, kiedy wokół Was skacze na kilkunastu metrach kwadratowych masa wesołych kibiców, a ich śpiewy zagłuszają tramwajowe radio. Wreszcie podróż się kończy, bezkonfliktowa hałastra przejmuje chodnik. Wtedy dzieje się coś dziwnego. Dwóch mężczyzn idzie w kierunku stadionu, debatują o czymś zawzięcie, w pewnym momencie jednemu z nich wyrywa się normalnym tonem głosu popularne w każdym zakątku świata polskie słowo. Wydarza się to pechowo tuż przy jednym z policjantów, którzy „obstawiają” drogę z tramwaju na stadion, i funkcjonariusz… zaprasza Portowca po mandat za przeklinanie w miejscu publicznym. Po końcowym gwizdku pierwszy raz w swojej długiej karierze kibicowskiej jadę publicznym pojazdem po obu stronach nadzorowanym radiowozami ze stróżami prawa w kominiarkach, ale to już inna historia…

 

Mediolan

Tramwaj. Przesiadka. Drugi tramwaj. Droga na San Siro nie nuży – wręcz przeciwnie, dostarcza tyle przyjemności, co sam mecz. Nie przeszkadza nawet ogromny tłum gromadzący się w pojazdach. Ligowe starcie AC Milan z ACF Fiorentina ma małą wagę, lecz Rossoneri dyskutują o każdym aspekcie widowiska, tak, jakby miało przeważyć co najmniej o awansie do europejskich pucharów. Wtem na oko 7-letni chłopczyk zaczyna przewidywać skład na wieczór, wymieniając swoje uwagi ze starszym panem, trzymającym w dłoniach laskę i małą flagę mediolańczyków. Ta sytuacja pokazuje całe piękno piłkarskich Włoch. Ciężko o drugi kraj, który aż tak przeżywałby bieganie za ukochanym okrągłym przedmiotem.

Wreszcie metro. Na każdej stacji do podziemnego wehikułu wsiada coraz więcej kibiców ubranych w czerwono-czarne barwy. Jeśli w okolicy znajduje się jakiś fan Interu, to nie daje znaku życia. Zresztą prawdopodobnie nawet on nie zakłóciłby fenomenalnej otoczki. Zadziwiające, że to przecież tylko jedno z 38 spotkań ligowych, a nastrój przedmeczowy można porównać do tego, jaki panował w Polsce podczas UEFA EURO 2012. Specyficzna kultura kibicowania, myślę, i wchodzę na Curva Sud Milano. Tam ma miejsce kolejne zdarzenie, które ukazuje fantastyczne przywiązanie Włochów do calcio.

Po przerwie zmieniają się ultrasi z barierek. Zauważam, że jeden z nich w przerwie przyprowadza z innej trybuny swojego kilkuletniego synka. Podczas drugiej połowy trzyma go, stojącego na barierkach, i uczy słów przyśpiewek. Słyszę, jak chłopczyk mówi jednemu z kolegów taty, że chce być taki jak oni.

Chłopczyk rozmawiał, owszem, jednak zapytacie o język. Będzie to pytanie trafne. Podczas tych kilku godzin na San Siro można nauczyć się gwary piłkarskiej po włosku, angielsku, fińsku, węgiersku, polsku i hiszpańsku. Mimo że zdjęcia na tego typu trybunach nie są mile widziane, dowodzący ultras z chęcią przystaje na prośbę o sfotografowanie przybyszów z Finlandii (dla których szokująca rodowitych Włochów zimowa aura jest najwidoczniej miłą odskocznią, bo zdejmują koszulki. Przy około 10 stopniach mrozu. Szacun.). Po zwycięsko zakończonym przez AC Milan meczu nikt nie kwapi się do szybkiego powrotu do domu. Zatrważającą temperaturę Rossoneri przezwyciężają wysokoprocentowymi napojami, a świętowanie trwa przez kilka kwadransów, jakie trzeba wystać, by wreszcie dorwać mało zapełnione metro.

Trybuna Curva Sud Milan pokazuje, czym jest prawdziwie piłkarska atmosfera

 

Leicester

Słyszycie Leicester, myślicie mistrzowie Anglii. Nic dziwnego. Historia piłkarskiego kopciuszka zadziwiła w sezonie 2015/16 cały świat. Z tego powodu spotkanie Lisów z Arsenalem w sierpniu 2016 elektryzuje całe miasto. Ale zanim, trzeba się tam jakoś dostać. Diagnoza – pociąg.

O miejscu siedzącym nie było mowy. Co druga osoba miała na sobie koszulkę mistrzów Anglii. Pociąg ten jechał z Londynu, więc kilka osób ubranych było w barwy Arsenalu. Byłam w szoku, porównując to do doświadczeń z meczów naszej Ekstraklasy – jak kibice różnych klubów, które dodatkowo zaraz stoczą pojedynek, mogą siedzieć koło siebie i popijać herbatkę?! Ano, jak widać, mogą.

Miła podróż trwa zaledwie kilka minut i pierwszą czynnością po wyjściu z pociągu jest włączenie GPS-a. To nie pierwsza wizyta na King Power Stadium, ale zawsze wędrówkę rozpoczynałam z innej części miasta, a nie chcę się przecież zgubić. Tak szybko jednak jak go włączam, tak szybko wychodzę z aplikacji. Okazuje się ona zbędna, ponieważ wszyscy fani kierują się prosto na stadion. Rozczula ilość dzieci w tłumie, choć przecież… piłkarze, na których mecz zmierzają te małe istotki, muszą być teraz dla nich kimś więcej niż superbohaterami. Bo w powietrzu można wręcz wyczuć dumę. Jamie Vardy czy Shinji Okazaki są traktowani niczym królowie – nazwisko snajpera pojawia się na prawie wszystkich koszulkach, zwłaszcza na dziecięcych. Konkurują z nim tylko nazwiska… Kanonierów. Niesamowite, ale idą oni w jednej grupie z fanami przeciwników. Wymieniają z nimi swoje uwagi, dostają się na stadion przez kołowrotki przeznaczone dla gospodarzy. U nas ciężko zostać przepuszczonym przez ochronę, gdy ma się na sobie jakikolwiek element kojarzący się z barwami rywali, tam przeszkodą nie są szaliki i koszulki. Nie umiem tego pojąć, a jednocześnie zazdroszczę, że piłkarska atmosfera przybiera tu tak wyjątkową formę. Ma imię jedności, wspólnoty, serdeczności, synergii.

 

Warszawa

Ktoś kiedyś powiedział, że pojęcie narodowej tożsamości definiuje się podczas uczęszczania na międzynarodowe imprezy sportowe. Coś w tym jest. Wystarczy przypomnieć sobie mistrzostwa Europy sprzed 6 lat. Podobna atmosfera panuje także 11 października 2015 roku, kiedy to Polska gra z Irlandią o bezpośredni awans na francuskie EURO. Wydaje się iż, ogródki warszawskich restauracji mają co najmniej tak samo ciężko jak nasi reprezentanci. Od rana weseli przyjezdni z północy demonstrują swoją miłość do polskich kobiet za pomocą wręczania im kwiatków zrywanych przy deptakach. Możliwe, że „uczucie” jest pokłosiem tego typu postawy podczas wspomnianej imprezy w 2012, gdy zakochaliśmy się w ich dopingu (dla niewtajemniczonych) i sympatii, jaką sobie nim zdobyli.

Warszawa to przeogromne miasto, więc bywają kwadranse, kiedy nie spotka się żadnego kibica którejkolwiek reprezentacji. Z każdą godziną jest coraz zimniej, coraz tłoczniej. Aby wejść bez nerwów na Stadion Narodowy, trzeba przybyć dużo wcześniej. Tu powtarza się motyw… transportu miejskiego. Metro klasycznie pęka w szwach i klasycznie uchodzi to za pozytyw. Nie zważając na ścisk, duchotę i czekające ponad powierzchnią ziemi minusowe temperatury, przedstawiciele najczęściej narzekającej nacji świata w wybornym nastroju wychwalają świetne czasy polskiej piłki. Można się zastanowić, czy przypadkiem nie nastąpiła teleportacja do innego kraju, ale nic z tych rzeczy. Wątpliwości zostają rozwiane, kiedy wybrzmiewają pierwsze takty „Mazurka Dąbrowskiego”, solidaryzując zgromadzonych jeszcze bardziej. Sport ma jednoczyć, pamiętajmy o tym podczas zbliżającego się mundialu.

Udostępnij:

Joanna Zalewska

Obudź ją w środku nocy, a wymieni ci wyniki drugiej ligi na 5 lat wstecz. Kocha „niszowe” rozgrywki; mając możliwość wyjazdu na trwające równolegle El Clásico i derby Warszawy, spytałaby, za ile pociąg do stolicy. Jej serce skradły reprezentacje Polski (2007), Włoch (2006) i Węgier (2010). Poza tym siedzi głęboko w układach kibicowskich.

You may also like...