Cristiano i Real – związek z obowiązku, nie z miłości

Cristiano Ronaldo [Real Madryt]

Związek Cristiano Ronaldo z Realem Madryt był skomplikowany. Przeżywał wzloty i upadki. Fani wierzyli w ostateczny happy end. Niestety tak się nie stało. Dlaczego?

Historia transferu Ronaldo do Realu Madryt nie jest zbyt skomplikowana. Królewscy chcieli ściągnąć do Madrytu ówcześnie najlepszego piłkarza świata. Złotą Piłkę za 2008 rok dostał Cristiano, więc nie było innego kandydata, zresztą już za czasów gry Portugalczyka w Sportingu Real był nim zainteresowany, tylko że Manchester United działał bardziej zdecydowanie. Ale myślę, że już wtedy było wiadomo, że ściągnięcie Ronaldo na Bernabeu było kwestią czasu. A może to był błąd? Może w 2003 roku Real i Perez mogli postawić na swoim i już wtedy sięgnąć po niego? Może wtedy relacje Cristiano z Perezem byłby inne? Może byłby inne relacje z kibicami? Ale wszystko po kolei.

6. lipca 2009 na Santiago Bernabeu, w obecności 80 tysięcy kibiców, został zaprezentowany jako piłkarz Realu Madryt Cristiano Ronaldo. Jedna z największych legend Królewskich – Alfredo di Stefano – wręcza Portugalczykowi koszulkę z numerem 9 (grał w takiej pierwszy sezon). Kibice w euforii, Real ma piłkarza uznanego za najlepszego (a w zasadzie dwóch, bo miesiąc wcześniej ogłoszono transfer Kaki). Czyli wszyscy madridistas zadowoleni? Otóż pozwolę sobie powiedzieć, że nie. Niezadowolonych jest dwóch. Ramon Calderon – były prezes Realu, który to właśnie „załatwił” sprowadzenie Portugalczyka na Bernabeu, a nie mógł go osobiście powitać. Oraz Florentino Perez – aktualny prezes Realu, który nie poczuł „chemii” do Ronaldo jak do innych galaciticos i świadomy tego, że to nie „jego transfer”.

I niezadowolenie tego drugiego dawało się poznać przez lata.

Nie mówię, że Perez by po Ronaldo nie sięgnął, bo sięgnąłby na pewno. W końcu wdrażał w życie plan Galacitcos II, który tego wymagał. Niby lepiej dla Pereza, nie musiał negocjować z Manchesterem, bo wszystko było załatwione. Jednak, chyba nie lepiej. Sądzę, że to główny powód dla którego relacje Cristiano i Florentino nigdy nie były dobre. Były co najwyżej poprawne, a Ronaldo oczekiwał wsparcia od prezesa, co najmniej takiego jakie ma Karim Benzema (a wiemy, że ma wielkie i może nie wynika z taśm), a pewnie najlepiej takiego jak ma Messi od Bartomeu. Cristiano nie był nigdy uznany, przez Pereza „za swojego”. Ileż on to razy mówił, że jest smutny… że nie czuje wsparcie od klubu… że czuje się oszukany… Zawsze braliśmy to za komentarze rozwydrzonej gwiazdeczki, która chce nowy kontrakty z wyższym zarobkiem. Pewnie coś w tym jednak było. Po finale LM w tym roku Ronaldo sam powiedział, że nie chodzi o pieniądze. Może faktycznie chodziło o ten brak wsparcia. Jakby nie patrzeć, to był najlepszy piłkarz w historii Realu. Czy mógł oczekiwać wsparcia od prezesa? Oczywiście, że tak. Jednak nigdy nie dostał takiego jakiego by chciał.

Mówię, że relacje Pereza z Ronaldo były trudne. To jak nazwać jego relacje z kibicami na Bernabeu? To była dopiero telenowela… Bernabeu często gwiżdże na swoich piłkarzy, ale Cristiano był dla nich najczęstszym obiektem (pomijając może Benzemę w tym sezonie). Nie dość, że gwiżdżą na niego na innych stadionach to jeszcze na własnym… Strzelił hattricka – było dobrze. Ale jeśli nie – gwizdy. Jak wytłumaczył taką sytuację poprzedni prezes Real, Ramon Calderon:

„Chodzimy na stadion jak do opery. Gdy nie dostajemy tam pięknego śpiewu. Zaczynamy buczeć, gwizdać, sięgamy po chusteczki.”

Ładnie opisuje kibiców na Bernabeu także dziennikarz Guillem Balague:

„Wymagający eksperci, którzy doskonale wiedzą (…), ile kosztowały ich karnety na stadion.”

Można by się z tym sprzeczać, bo przecież taką samą cenę za bilety płacą na Camp Nou czy Wanda Metropolitano, a tam na własnych piłkarzy się nie gwiżdże. No ale Real Madryt to Real Madryt. Bernabeu w całej swojej historii rzadko było zadowolone z występu swoich piłkarz i rzadko jakoś szczególnie ich motywowało. Zawsze jednak jak miał ktoś oberwać, to obrywał najlepszy. A w tym wypadku był to Cristiano. Czy zasłużył? Nie. Zawsze dawał z siebie wszystko. Ile razy ratował Real? Ile dał punktów w lidze? Ile awansów do kolejnych faz Ligi Mistrzów, czy Pucharu Króla? Ile pięknych goli strzelił? Nie wiem co musiałby zrobić, żeby zostać szczególnie uhonorowanym. Może gdyby strzelił gola przewrotką przeciwko Juve na Bernabeu… Chociaż i to nie gwarantowało by standing ovation… W każdym razie kibice na Bernabeu częściej na Ronaldo gwizdali niż go oklaskiwali i jak on sam powiedział, w Manchesterze byłoby nie do pomyślenia, by kibice twojego klubu zamiast cię wspierać, bardziej cię deprymowali. Chociaż wydaje mi się, że oni chcieli, by to wpływało motywująco.

W czasie gry w Madrycie Real trenowali Pellegrini, Mourinho, Ancelotii, Benitez i Zidane. Nie skupiając się na tym, że Real prowadziło 5 szkoleniowców w ciągu 9 lat… Trzeba powiedzieć, że dopiero z tym ostatnim Ronaldo miał dobre relacje, a raczej bardzo dobre lub jakby to określił sam Francuz – zajebiste. Nie można powiedzieć, że z innymi szkoleniowcami miał złe relacje, jednak to Zizou dotarł do niego jak nikt inny. Oprócz tego, że zdołał namówić go do opuszczania meczów ze słabszymi rywalami, co pozwoliło na osiągnięcie szczytu formy na kwiecień i maj, zmienił ogólne nastawienie Cristiano do klubu i drużyny. Nie mówię, że dla Ronaldo nigdy niebyła ważna drużyna, a jego indywidualne osiągnięcia (chodź niektórzy tak właśnie sądzą). Na pewno była, jednak dopiero dzięki Zidane’owi zaczął to okazywać.

Może to właśnie niespodziewane odejście Francuza zapewniło Ronaldo, że czas odejść. Na pewno myśl o opuszczeniu Madrytu (już tak na poważne) tliła się w nim dłuższy czas. Oprócz (kolejnego) okazywania przez kibiców na Bernabeu niezadowolenia, doszły problemy z podatkami oraz (podobno) niewywiązanie się Pereza z obietnicy związanej z przedłużeniem kontraktu i podwyższenia zarobków. Jednoznacznej przyczyny odejścia Cristiano z Realu nie znamy i pewnie nie poznamy. Ale jak powiedział sam Portugalczyk:

„To była łatwa decyzja.”

Była łatwa. I to z obu stron. Bernabeu i Perez nigdy nie pokochali Cristiano tak jak kochają Ramosa, Raula, czy Casillasa. A Cristiano nigdy nie pokochał Realu, nigdy nie czuł się częścią madridismo (i to prawdopodobnie z powyższych powodów). Był częścią Realu tylko dlatego, bo najlepszy piłkarz musiał grać w najlepszym klubie. To był po prostu obowiązek.

Pisałam tutaj o mojej reakcji na oficjalne ogłoszenie transferu Cristiano. Podtrzymuję oczywiście moją opinię na jego temat i nigdy jej nie zmienię. Miałam nadzieję, że Ronaldo zakończy karierę w Realu. Ale to była tylko nadzieja, bo każdy widział, że między Madrytem, a Ronaldo nie ma miłości.

I się skończyło, ale to było do przewidzenia. W końcu związki bez miłości nie przetrwają.

Udostępnij:

Monika Kuchejda

Madridistka jakoś od... zawsze. Wie, że dopóki Ramos jest na boisku, a 93. minuta nie wybiła, wszystko jest możliwe. Zakochana w reprezentacji Hiszpanii i Brazylii.

You may also like...