Odkupienie winy po mundialu? Dwa oblicza kadry we wrześniowych meczach reprezentacji Polski

Meczem z Włochami (7 września) reprezentacja Polski zadebiutowała w pierwszych, historycznych rozgrywkach Ligi Narodów. Tym samym swój debiut w roli selekcjonera zaliczył także Jerzy Brzęczek. 3 dni później drużyna zaś zmierzyła się towarzysko z Irlandią. I tak oto mogliśmy oglądać dwa oblicza kadry… .

Przyznam szczerze, że z niecierpliwością, ale i pewnym niepokojem czekałam na pierwszy po mundialowej porażce mecz reprezentacji Polski. Niepokój – ponieważ nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po rewolucji, jaką przeprowadzono w kadrze: po zmianie trenera, po nowych piłkarzach powołanych na to zgrupowanie, po tym, czy aby mundialowy blamaż nie odcisnął piętna na podstawowych graczach reprezentacji… .  Zaś ciekawość dlatego, że – być może podobnie jak niejeden kibic (choć ich grono ostatnio mocno zmalało, co widać było w pierwszym dniu zgrupowania i praktycznie pustym hotelowym lobby) – wyczekiwałam także momentu, w którym po raz pierwszy zobaczę nowego selekcjonera w akcji, a szczególności jego pomysł na funkcjonowanie drużyny. Bo bądź co bądź, przez te 5 lat kadencji Adama Nawałki przyzwyczaiłam się do poprzedniego trenera – jego sposobu bycia, komunikacji z mediami, założeń taktycznych, a nawet jego obecności na ławce trenerskiej i tego standardowego szaliczka wiązanego przy szyi. A jak wiadomo, ciężko zmienić przyzwyczajenia…

Pierwsza połowa z Włochami „jak za starych dobrych czasów”

Zdeterminowana by odmienić nastroje towarzyszące reprezentacji w ostatnich miesiącach kadra Brzęczka, na mecz z Włochami wyszła w ustawieniu 1-4-1-4-1: z Łukaszem Fabiańskim w bramce, debiutującym w kadrze na lewej obronie Arkadiuszem Recą i Bartoszem Bereszyńskim – na prawej obronie, duetem stoperów: Kamilem Glikiem i  Janem Bednarkiem, Grzegorzem Krychowiakiem w roli defensywnego pomocnika, z Jakubem Błaszczykowskim i Rafałem Kurzawą na skrzydłach oraz (powracającym po 4 latach przerwy do reprezentacji) Mateuszem Klichem i Piotrem Zielińskim tuż za plecami  Roberta Lewandowskiego. Pierwsza połowa piątkowego meczu przypomniała mi to, za co pokochałam tę reprezentację. W końcu po spotkaniach, w których zabrakło widocznego ducha drużyny, widziałam znów to samo zaangażowanie, jedność i współpracę. I to co najważniejsze – w końcu widziałam, że reprezentacja gra „jak równy z równym”. Drużyna przejmowała inicjatywę i konsekwentnie konstruowała akcje ofensywne – w końcu „wrzało” w polu karnym przeciwnika . Pewnie w obronie grali Glik z Bednarkiem, a Krychowiak pokazał w końcu to, czym zachwycił wszystkich w trakcie EURO 2016. Mógł on także wpisać się na listę strzelców, jednak po jego uderzeniu z półwoleja, piłka minęła bramkę.

W pierwszej połowie meczu z Włochami swym geniuszem także błysnął Piotr Zieliński, który zagrywał i odbierał piłkę niczym prawdziwy ekspert. Był przy tym bardzo pewny siebie, co szczególnie widoczne było pod włoską bramką. Zieliński miał dwie perfekcyjne sytuacje na zdobycie gola – i jedną z nich (w 40 minucie spotkania) wykorzystał, dając tym samym prowadzenie polskiej drużynie. Duży udział w tej akcji mieli Klich i Kurzawa, a genialną asystą popisał się Lewandowski. Pierwszy z nich – we współpracy z Błaszczykowskim – odebrał piłkę Jorginho i zagrał ją do nadbiegającego lewą stroną Lewandowskiego, po czym kapitan kadry wysokim podaniem nad włoskimi obrońcami posłał futbolówkę w pole karne Włochów. W tym momencie popisał się także Kurzawa, który „ściągnął” włoskich zawodników i tym samym zrobił miejsce dla Zielińskiego. Ten zaś mocnym strzałem posłał piłkę w światło bramki, pokonując Donnarummę.

 

Na drugą połowę „zabrakło gazu”

Druga połowa spotkania zaczęła się równie obiecująco. Już w 47 minucie Polacy mieli okazję do podwyższenia wyniku. Po podaniu Krychowiaka pięknym przyjęciem piętą popisał się Błaszczykowski i w tempie posłał piłkę w pole karne przeciwnika. Tam Lewandowski strzałem „z pierwszej piłki” próbował pokonać Donnarummę, jednak futbolówka przeleciała wysoko nad bramką.

W dalszej części spotkania kadra oddała inicjatywę Włochom, którzy raz po raz zagrażali bramce Fabiańskiego. A w 66 minucie – po zejściu z boiska Zielińskiego – kadrze „skończył się gaz”. Drużyna nie potrafiła zagrozić już włoskiej bramce – krótko utrzymywała się przy piłce i notowała łatwe straty. W 78 minucie taki sposób gry zemścił się na polskiej reprezentacji. Strata piłki w okolicach bramki Donnarummy i szybki kontratak Włochów sprawił, że spóźnionym wślizgiem we własnym polu karnym interweniował Błaszczykowski (choć nadal twierdzę, że najpierw był kontakt z piłką). Podyktowany przez sędziego rzut karny wykorzystał Jorginho, tym samym ustalając wynik spotkania na 1:1.

Z Irlandią? Jednym słowem – nuda…

3 dni po meczu z Włochami reprezentacja Polski towarzysko zmierzyła się z Irlandią. Na ten mecz selekcjoner Brzęczek wystawił przetasowany, ofensywny skład, w ustawieniu 1-4-4-2. Łukasza Fabiańskiego w bramce zastąpił Wojciech Szczęsny, Jana Bednarka – Marcin Kamiński, a na prawej obronie Bartosza Bereszyńskiego zmienił Damian Kądzior, dla którego był to debiut w seniorskiej reprezentacji. Ponadto szansę na zaprezentowanie się trenerowi otrzymali Karol Linetty, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek, a swój 102 mecz w kadrze mógł rozegrać Jakub Błaszczykowski.

Niestety o meczu z Irlandią nie mogę powiedzieć nic pozytywnego. No może poza tym, że nadal widzę, że piłka „szuka” Milika w polu karnym przeciwnika – w pierwszej połowie spotkania miał on kilka sytuacji na zdobycie bramki. I to wszystko. Niby mecz zakończył się wynikiem 1:1, ale nie odzwierciedla o w zupełności tego, co działo się na boisku. Znowu kadra musiała „gonić wynik” po tym jak w 53 minucie Wojciecha Szczęsnego pokonał, debiutujący w reprezentacji Irlandii, O’Brien. Na szczęście honor drużyny w 87 minucie uratował Mateusz Klich.

W tym spotkaniu znowu widziałam ten brak chęci, motywacji, brak koncentracji, który był tak widoczny w trakcie mundialu… . Całe mecz nie porywał także pod względem akcji podbramkowych w wykonaniu obu drużyn – nota bene można było je policzyć na palcach obu rąk.  Nic więc dziwnego, że – i na tak opustoszałych trybunach stadionu śląskiego – słychać było gwizdy niezadowolonych polskich kibiców… .

Jaką wiedzę dały nam wrześniowe mecze reprezentacji Polski? Przede wszystkim, że wina po mundialu nie została jeszcze odkupiona. Mecz z Włochami dał nadzieję, pokazał, że w drużynie drzemie potencjał i duch walki, czyli to za co kibice pokochali reprezentację stworzoną przez Adama Nawałkę. Mecz z Irlandią wskazał zaś szereg czynników, nad którymi sztab selekcjonera Brzęczka będzie musiał popracować, by ta maszyna mogła znów funkcjonować jak za czasów EURO 2016, a także by każdy piłkarz swoją postawą na boisku pokazywał, że jego powołanie do gry w reprezentacji to nie pomyłka… (i by nikt już nie powielał tej gadaniny, że „powołanie do kadry Błaszczykowskiego to tylko zasługa wujka – trenera”).

(P.S. Swoją drogą czytanie o tym w mediach sportowych strasznie mnie męczy, no ile można? Zapomina się o tym, że obaj to profesjonaliści… . Dajcie znać co Wy o tym myślicie!)

Udostępnij:

Sylwia Niemyjska

Wielki kibic Reprezentacji Polski. Gdy ma tylko możliwość jeździ na mecze kadry. W zasadzie nie ma ulubionej ligi, ponieważ obserwuje poczynania wszystkich klubów, w których grają reprezentanci Polski. Stara się również regularnie oglądać wybrane spotkania ich drużyn. Śledzi newsy na temat kadry, a także ruchy transferowe kadrowiczów. Nie omija oczywiście spotkań Ligi Mistrzów, Ligi Europy czy Pucharu Polski. W wolnych chwilach (oprócz oglądania meczów) lubi zagłębić się w lekturze książek o tematyce sportowej, w tym biografii sportowców (nie tylko piłkarzy nożnych).

You may also like...